Электронная книга - «Amerykańscy bogowie [American Gods - pl]». Краткое содержание книги:
Po trzech latach spędzonych w więzieniu Cień ma wyjść na wolność. Ale w miarę jak do końca odsiadki pozostają tygodnie, godziny, minuty, sekundy, czuje narastający niepokój. Na dwa dni przed zakończeniem wyroku, jego żona, Laura, ginie w wypadku samochodowym w tajemniczych okolicznościach — wszystko wskazuje na zdradę małżeńską. Oszołomiony Cień powraca do domu, gdzie spotyka tajemniczego Pana Środę, twierdzącego, iż jest uchodźcą wojennym, byłym bogiem i królem Ameryki. Razem wyruszają oni w niesamowitą podróż przez Stany, rozwiązując zagadkę morderstw, które co zimę są dokonywane w małym Amerykańskim miasteczku. Jednak podąża za nimi ktoś, z kim Cień musi zawrzeć pokój…W swojej niepokojącej, wciągającej i bardzo osobliwej powieści Neil Gaiman, wyrusza w podróż w poszukiwaniu duszy Ameryki.
Książka otrzymała nagrodę Hugo 2002 w kategorii Najlepsza Powieść Roku.
Jeśli nawet we śnie zdarzyło się coś jeszcze, Cień już tego nie pamiętał.
Usłyszał skwierczenie. Bolała go głowa, wokół oczu czuł nieznośne pulsowanie.
Pan Nancy szykował już śniadanie: wysoki stos naleśników, skwierczący bekon, idealnie usmażone jajka i kawę. Wyglądał jak okaz zdrowia.
— Boli mnie głowa — powiedział Cień.
— Zjesz porządne śniadanie i poczujesz się zupełnie jak nowo narodzony.
— Nie potrzebuję nowych narodzin, wystarczy mi nowa głowa — mruknął Cień.
— Jedz — polecił pan Nancy.
Cień zjadł.
— Jak się teraz czujesz?
— Wciąż boli mnie głowa, tyle że teraz mam w żołądku posiłek i chyba zaraz zwymiotuję.
— Chodź ze mną.
Obok pokrytej afrykańską kapą kanapy stał kufer z ciemnego drewna, przypominający mniejszą wersję pirackiej skrzyni. Pan Nancy przekręcił klucz w kłódce i uniósł wieko. Wewnątrz leżały pudła. Nancy zaczął w nich grzebać.
— To starożytny afrykański lek ziołowy — oznajmił. — Zrobiony z mielonej kory brzozowej i tym podobnych.
— Jak aspiryna?
— Właśnie — rzekł pan Nancy. — Dokładnie tak. — Wyciągnął z dna kufra olbrzymią butlę aspiryny. Odkręcił i wytrząsnął na dłoń dwie białe pastylki. — Proszę.
— Niezły kufer — zauważył Cień. Wziął gorzkie pigułki, przełknął i popił szklanką wody.
— Dostałem od syna — wyjaśnił pan Nancy. — To dobry chłopiec. Nie widuję go tak często, jak bym chciał.
— Brakuje mi Wednesdaya — powiedział Cień. — Mimo tego, co zrobił. Cały czas mam wrażenie, że zaraz go zobaczę. Kiedy jednak unoszę wzrok, jego tam nie ma. — Nadal wpatrywał się w piracki kufer, próbując przypomnieć sobie, z czym mu się kojarzy.
„Zapomnisz wiele rzeczy. Nie zapomnij tej jednej”. Kto to powiedział?
— Brak ci go? Po tym co z tobą zrobił? Co zrobił z nami wszystkimi?
— Tak — mruknął Cień. — Chyba tak. Myślisz, że on wróci?
— Myślę — powiedział pan Nancy — że zawsze, gdy dwóch mężczyzn spiknie się, by sprzedać trzeciemu warte dwadzieścia dolarów skrzypce za dziesięć tysięcy, będzie przy tym obecny duchem.
— Tak, ale…
— Powinniśmy wracać do kuchni. — Twarz pana Nancy’ego przybrała kamienny wyraz. — Garnki same się nie pozmywają.
Pan Nancy umył garnki i talerze, Cień wytarł je i odstawił na miejsce. W trakcie tych wszystkich czynności ból głowy zaczął słabnąć. Wrócili do salonu.
Cień znów wbił wzrok w stary kufer, próbując przywołać wspomnienia.
— Co się stanie, jeśli nie pojadę do Czernoboga? — spytał.
— W końcu go spotkasz — odparł beznamiętne pan Nancy. — Może on cię znajdzie? Albo sprowadzi do siebie. Lecz tak czy inaczej spotkacie się.
Cień przytaknął. Kawałki układanki zaczynały wskakiwać na miejsce. Sen na drzewie.
— Hej — rzucił. — Czy istnieje bóg z głową słonia?
— Ganesza? To bóg hinduski. Usuwa przeszkody, ułatwia podróże. I całkiem nieźle gotuje.
Cień uniósł wzrok.
— W kufrze, powiedział. Wiedziałem, że to ważne, ale nie miałem pojęcia dlaczego. Sądziłem, że może chodzi o jakiś stary kufer, ale nie, prawda?
Pan Nancy zmarszczył brwi.
— Nie mam pojęcia.
— Jest w kufrze — powtórzył Cień. Wiedział, że to prawda. Nie miał pojęcia dlaczego, nie do końca. Ale był tego pewien. Zerwał się z miejsca.
— Muszę jechać — oznajmił. — Przykro mi.
Pan Nancy uniósł brwi.
— Skąd ten pośpiech? — spytał.
— Stąd — odparł z prostotą Cień — że lód już topnieje.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
jest
wiosna
i
koziostopy
człowiek balon gwiżdże
w dal
i
w przód
— e.e. cummings
Około ósmej trzydzieści rano Cień wyjechał z lasu wypożyczonym samochodem, pokonał zbocze z prędkością poniżej sześćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę i przekroczył granicę miasta Lakeside trzy tygodnie po tym, gdy, jak sądził, opuścił je na zawsze.
Jadąc przez miasto, ze zdumieniem odkrył, jak niewiele się zmieniło w ciągu ostatnich kilku tygodni, które dla niego znaczyły całe życie. Zaparkował w połowie dróżki wiodącej do jeziora. Wysiadł z samochodu.
Na zamarzniętym jeziorze nie dostrzegł już wędkarskich szałasów, śniegołazów, ludzi siedzących przy przeręblach z linką i kartonem piwa. Jezioro było ciemne, nie pokrywała go olśniewająco biała warstwa śniegu. Tu i ówdzie na powierzchni lodu lśniły migotliwym blaskiem kałuże. Woda pod spodem była czarna, a sam lód tak przejrzysty, że dawało się dostrzec skrytą w głębi czerń. Pod szarym niebem zlodowaciałe jezioro było czarne i puste.
Prawie puste.
Na lodzie pozostał jeden samochód, zaparkowany niemal pod mostem. Każdy, kto przejeżdżał przez miasto, nawet w przelocie, musiał go zobaczyć. Brudnozielony samochód z tych, które ludzie porzucają na parkingach. Nie miał silnika. Stanowił symbol zagłady — czekał, aż lód zmięknie i osłabnie do tego stopnia, by jezioro pochłonęło go na zawsze.
Krótką dróżkę wiodącą na brzeg przegradzał łańcuch. Tabliczka zabraniała wstępu ludziom i pojazdom. CIENKI LÓD, głosił napis. Pod nim ręcznie wymalowana seria skreślonych piktogramów: ZAKAZ WSTĘPU SAMOCHODÓW, PIESZYCH, POJAZDÓW ŚNIEŻNYCH. NIEBEZPIECZEŃSTWO.
Cień zignorował ostrzeżenia i zsunął się z brzegu. Było ślisko. Śnieg stopniał, przemieniając ziemię pod jego stopami w błoto. Brązowa trawa prawie nie zapewniała tarcia. Powoli zjechał do jeziora i wszedł ostrożnie na krótki drewniany pomost, z niego zaś na lód.
Warstewka wody na lodzie, ślad po stopniałym śniegu, okazała się głębsza, niż można by sądzić, a sam lód, pokryty wodą, gładszy i bardziej śliski niż na jakimkolwiek lodowisku. Po każdym kolejnym kroku Cień musiał walczyć, by zachować równowagę. Z pluskiem maszerował w lodowatej wodzie, która sięgała mu aż do sznurówek i przedostawała się do butów. Miejsca, których dotknęła, traciły czucie. I gdy tak wędrował przez zamarznięte jezioro, nagle odniósł wrażenie, jakby oglądał samego siebie na ekranie kinowym — oto film, którego jest bohaterem, może detektywem.
Ruszył w stronę gruchota, boleśnie świadom, że lód jest już za słaby, a woda pod spodem tak zimna, jak tylko może być, nim zamarznie. Cały czas szedł naprzód, ślizgał się, podjeżdżał na butach. Kilka razy upadł.
Mijał puste butelki po piwie i puszki, śmieci zaścielające lód, a także okrągłe przeręble, wycięte w warstwie lodu przez wędkarzy, otwory, które już nie zamarzły. Każdy z nich wypełniała czarna woda.
Gruchot stał dalej, niż można by sądzić, patrząc nań. Cień usłyszał dobiegający z południa donośny trzask, niczym łamanego kija. Potem nadszedł odgłos niskich wibracji, jakby ktoś trącił strunę basową długości jeziora. Lód zaczął pękać i jęczeć niczym stare drzwi, protestujące, że się je otwiera. Cień szedł naprzód, łapiąc równowagę.
To samobójstwo, szepnął głos rozsądku w jego umyśle. Nie możesz sobie odpuścić?
— Nie — powiedział głośno. — Muszę wiedzieć.
Dotarł do gruchota i gdy tylko się zbliżył, zrozumiał, że ma rację. Wóz otaczała dziwna atmosfera; słaby odrażający smród budził niesmak w głębi gardła. Cień okrążył samochód, zaglądając do środka. Siedzenia były podarte i poplamione, wóz bez wątpienia pusty. Sprawdził drzwi. Zamknięte. Sprawdził kufer. Także zamknięty. Pożałował, że nie zabrał ze sobą łomu.