Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » W słusznej sprawie
W słusznej sprawie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

W słusznej sprawie

Электронная книга - «W słusznej sprawie». Краткое содержание книги:

Miami. Znany reporter Matthew Cowart dostaje list z więzienia stanowego. Robert Fergusson czeka w celi śmierci na wykonanie wyroku, twierdzi jednak, że nie popełnił morderstwa, za które został skazany. Cowart postanawia zająć się tą sprawą. Nie przypuszcza, że jego sensacyjny reportaż uruchomi potężny mechanizm mistyfikacji i zbrodni…
1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 146
Перейти на страницу:

Z prawej strony usłyszał dźwięk przypominający skrobanie. Spróbował odwrócić się szybko, zwracając rewolwer w tym kierunku. Jego wyobraźnia nie była w stanie przetworzyć tego, co się działo. Wiedział jedynie, że wokół panowała niezmącona ciemność i że nie był tutaj sam.

Przez ułamek sekundy zdał sobie sprawę z jakiegoś kształtu tnącego powietrze. Uświadomił sobie, że tuż obok ktoś wstał, sapiąc z wysiłku. Detektyw cofnął się podnosząc okaleczoną rękę, próbując odeprzeć uderzenie. Wystrzelił raz, celując w ciemność do niczego innego jak do przejmującego uczucia strachu. Eksplozja rozbrzmiała hukiem w ciemności i w tym samym momencie długa metalowa rura ugodziła go w plecy i ucho. Bruce Wilcox ujrzał nagle błysk białego światła rozprzestrzeniającego się w jego głowie, rozpraszającego się natychmiast w zamęcie ciemności czarniejszych, niż kiedykolwiek zdołał sobie wyobrazić. Zachwiał się w tył wiedząc, że nie może sobie pozwolić na utratę przytomności. Poczuł na policzku wilgotny beton i zdał sobie sprawę, że upadł na podłogę.

Podniósł rękę, by powstrzymać drugi cios, który nadszedł z podobnym sykiem, gdy ołowiana rura zmierzała w kierunku celu. Przyjął uderzenie na złamaną rękę i czerwone pasma bólu przecięły ciemność przed jego oczami.

Nie wiedział, gdzie ani jak stracił swój rewolwer, lecz był pewny, że nie znajduje się już w jego dłoni. Sięgnął rozpaczliwie lewą ręką i jego palce natrafiły na jakąś tkaninę. Szarpnął z całych sił i usłyszał odgłos rozpruwanego materiału, a następnie poczuł, jak jakieś ciało wali się na niego.

Dwaj mężczyźni połączyli się w śmiertelnym uścisku, otoczeni ciemnościami. Wilcox walczył z kształtem człowieka, którego chwycił, próbując znaleźć jego gardło, genitalia, oczy, jakiś czuły organ. Przetaczali się po mokrej podłodze, uderzając o ściany i rozpryskując liczne kałuże. Żaden z nich nie wypowiedział słowa. Charczeli tylko z bólu i wściekłości, i były to jedyne dźwięki, jakie wydobywały się z ich gardeł.

Mocowali się w ciemnościach połączeni bólem i nienawiścią.

Bruce Wilcox poczuł, jak zaciska palce na szyi przeciwnika, próbując wydusić z niego życie. Teraz użył także bezużytecznej do tej pory prawej ręki. Już po wszystkim. Sapnął z wysiłku.

Mam cię, ty sukinsynu, pomyślał.

W tej samej chwili przeszył go potworny ból.

Nie wiedział, co go zabija, nie wiedział nawet, kto go zabija. Zdał sobie jeszcze sprawę, że coś rozpruło mu brzuch i zmierza w kierunku serca. Poczuł ogarniającą falę paniki prawie równocześnie z nadchodzącą agonią. Ręce opadły z szyi zabójcy i spoczęły na trzonku noża, który przesądził o losie walki i o losie detektywa.

Z ust Wilcoxa wydobył się słaby jęk, po czym jego ciało opadło bezwładnie na podłogę.

Nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie zdawał sobie sprawy już z niczego więcej, lecz trwało to jakieś dziewięćdziesiąt sekund, zanim wydał swój ostatni oddech i umarł.

Rozdział dwudziesty czwarty

PUSZKA PANDORY

Czuła się kompletnie osamotniona. Andrea Shaeffer spojrzała na opustoszałe ulice, ponure i otulone mgłą, szukając jakiegoś śladu swego towarzysza. Prześledziła trasę, którą prawdopodobnie przemierzała po raz dziesiąty, próbując znaleźć jakąś przyczynę zniknięcia Wilcoxa, stwierdzając jedynie, że każdy krok pogrąża ją w głębszej desperacji. Nie chciała spekulować, pozwalając zamiast tego wypełnić się złości, jak gdyby daremne poszukiwania oznaczały raczej niedogodność niż katastrofę.

Stanęła pod uliczną latarnią i odzyskała równowagę opierając się na niej. Z uczuciem ulgi powitałaby widok wozu patrolowego z Newark, lecz żaden nie pojawił się w zasięgu wzroku. Ulice pozostawały wciąż opustoszałe. To jest szalone, pomyślała. Nie jest jeszcze późno. Dopiero wieczór. Gdzie się wszyscy podziali? Deszcz przybierał na sile, uderzając w nią z coraz większym impetem. Kiedy w końcu zobaczyła samotną kobietę zataczającą się bezwładnie na rogu ulicy, prawie odczuła. Zgięta wpół kobieta podpierała się o budynek, próbując osłonić się przed żywiołem. Andrea Shaeffer zbliżyła się do niej ostrożnie, trzymając w wyciągniętej ręce odznakę.

– Proszę pani. Policja. Chcę zamienić słówko. Kobieta rzuciła szybkie spojrzenie i zaczęła się oddalać.

– Hej, chcę tylko zadać pytanie!

Kobieta szła, przyspieszając kroku. Shaeffer podążyła za nią.

– Do cholery, zatrzymać się! Policja!

Kobieta zwolniła i obróciła się. Spojrzała z obawą na Shaeffer.

– Mówisz do mnie? Czego chcesz? Nic nie zrobiłam.

– Chcę zadać tylko pytanie. Widziałaś dwóch przebiegających tędy mężczyzn, piętnaście, dwadzieścia, może trzydzieści minut temu? Biały facet, glina. Czarny facet w ciemnym płaszczu. Jeden ścigał drugiego. Widziałaś, jak tędy przechodzili?

– Nie. Nie widziałam nikogo takiego.

Kobieta cofnęła się, starając się zwiększyć odległość między sobą a detektywem.

– Nie słuchasz mnie – powiedziała Shaeffer – Dwaj mężczyźni. Jeden biały. Jeden czarny. Biegli szybko.

– Nie widziałam nic, już ci mówiłam.

Andrea poczuła gniew i popchnęła pojemnik na śmieci.

– Nie pieprz mi tutaj, paniusiu. Mogę wpędzić cię w cholerne tarapaty. Teraz gadaj, czy widziałaś ich? Powiedz mi prawdę albo wyślę cię do diabła.

– Nie widziałam żadnych goniących się ludzi. Dzisiejszej nocy w ogóle nie widziałam ludzi.

– Musiałaś ich widzieć – upierała się Andrea. – Musieli tędy przechodzić.

– Nikt tędy nie przechodził. Zostaw mnie w spokoju. – Kobieta cofnęła się jeszcze bardziej, potrząsając głową.

Shaeffer ruszyła za nią i w tym momencie zdziwiona usłyszała głos za plecami.

– Chcesz sprawiać ludziom kłopoty, paniusiu?

Obróciła się nerwowo. Ujrzała przed sobą potężnego mężczyznę w długim skórzanym płaszczu i w czapeczce baseballowej New York Yankees na głowie. Krople deszczu zamieniały się w małą strużkę na krańcu daszka. Facet kroczył sztywno w jej kierunku, jego ruchy, jego głos, jego ciało, wszystko wyrażało groźbę.

– Policja – powiedziała. – Stać!

– Nie dbam o to, kim jesteś. Przyszedłem tutaj, bo sprawiasz kłopoty mojej pani. Po co to robisz?

Andrea Shaeffer sięgnęła po pistolet i wyciągnęła go, mierząc teraz w stronę czarnego mężczyzny.

– Zostań na miejscu – powiedziała zimno. Zatrzymał się.

– Rozwalisz mnie, paniusiu? Nie sądzę.

Podniósł lekko ręce i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Myślę, że nie jesteś tam, gdzie powinnaś być, pani policjantko. Myślę, że nikt cię nie osłania i jesteś całkiem sama. Myślę, że masz jakieś kłopoty.

Zrobił krok do przodu. Odbezpieczyła pistolet.

– Szukam swojego partnera – powiedziała przez zaciśnięte zęby. – Ścigał podejrzanego. A teraz gadaj, czy widziałeś białego glinę ścigającego czarnego faceta, jakieś pół godziny temu? Odpowiedz, a może nie odstrzelę ci jaj.

Opuściła nieco broń, celując teraz w jego krocze. Ruch sprawił, że mężczyzna zawahał się.

– Nie – powiedział po przerwie. – Nikt tędy nie przechodził.

– Jesteś pewny?

– Jestem pewny.

– W porządku – powiedziała. Zaczęła powoli go omijać. – A zatem odchodzę. Kapujesz? Miło i spokojnie.

Prześlizgnęła się obok niego, idąc tyłem. Obrócił się wolno, obserwując ją uważnie.

– Lepiej stąd znikaj, pani policjantko. Zanim przytrafi ci się co złego.

Zabrzmiało to zarówno jak groźba, jak i obietnica. Oddalając się zobaczyła, jak mężczyzna opuścił ręce mamrocząc coś pod nosem. Kompletnie zagubiona i wystraszona skierowała się do miejsca, gdzie zostawiła samochód.

1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)