Smok Odrodzony
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #3
- Год: 1996
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Smok Odrodzony». Краткое содержание книги:
Płomień zniknął z jej oczu, na policzki wypełzły plamy rumieńców.
— Och. Od urodzenia nazywałam się Zarine Bashere, ale Zarine to kiepskie imię dla Myśliwego. W opowieściach Myśliwi noszą takie imiona jak Rogosh Orlooki.
Wyglądała na tak zmieszaną, że ośmielił się powiedzieć:
— Podoba mi się imię Zarine. Pasuje do ciebie.
Na chwilę jej oczy rozbłysły ponownie, przestraszył się, że ma zamiar znowu wyciągnąć nóż.
— Jest już późno, Zarine. Chciałbym się trochę przespać.
Odwrócił się w stronę włazu prowadzącego pod pokład, po ramionach przebiegł mu dreszcz. Członkowie załogi wciąż chodzili w tę i z powrotem po pokładzie, pracując przy wiosłach sterowych.
„Głupiec ze mnie. Przecież dziewczyna nie wsadzi mi noża w plecy. Nie przy tych wszystkich ludziach. Nieprawdaż?”
Kiedy doszedł do włazu, zawołała za nim:
— Wiejski chłopcze! Może nazwę się Faile. Mój ojciec mówił na mnie tak, jak byłam mała. Znaczy to „sokół”. Zesztywniał, niemalże nie trafiając na pierwszy stopień drabiny.
„Zbieg okoliczności. — Zmusił się, by zejść na dół, nie odwracając się za siebie. — Nic więcej”.
Przejście było ciemne, ale przez właz za plecami przesączało się wystarczająco dużo księżycowej poświaty, aby mógł znaleźć drogę. W jednej z kabin ktoś głośno chrapał.
„Min, dlaczego musisz widzieć rzeczy?”
36
Córka Nocy
Nie miał innego sposobu, by się przekonać, którą kabinę przeznaczono dla niego, jedynie otwierając kolejne drzwi. Wszystkie były ciemne, mężczyźni spali na wąskich kojach, wbudowanych naprzeciw siebie w ściany. Tylko w jednym pomieszczeniu paliło się światło — Loial siedział na podłodze pomiędzy dwoma łóżkami, ledwie się zresztą mieszcząc w wąskiej przestrzeni i pisał coś w oprawnej w płótno księdze, przy świetle zawieszonej na pierścieniu latarni. Ogir koniecznie chciał porozmawiać o wydarzeniach ostatniej nocy, ale Perrin, którego szczęki niemal trzeszczały od powstrzymywanego ziewania, doszedł do wniosku, że statek z pewnością odpłynął wystarczająco daleko, aby można było bezpiecznie zasnąć. Bezpiecznie śnić. Nawet gdyby wilki bardzo się starały, nie mogą długo dotrzymywać kroku wiosłom i sile prądu.
Na koniec znalazł pozbawioną okien kabinę, całkowicie pustą, co bardzo mu odpowiadało. Chciał być sam.
„Zwykłe, przypadkowe podobieństwo imion, to wszystko — myślał, zapalając latarnię zawieszoną na ścianie. — W każdym razie, jej prawdziwe imię brzmi Zarine.”
Ale dziewczyna z wystającymi kośćmi policzkowymi i skośnymi oczyma nie była jego największym zmartwieniem. Położył łuk wraz z resztą dobytku na ciasnym łóżku, rzucił na nie płaszcz, a sam usiadł na drugim, by ściągnąć buty.
Elyas Machera znalazł sposób na to, by żyć z tym, czym był — człowiekiem pozostającym w ścisłej więzi z wilkami — i nie oszalał. Zastanawiając się nad tym teraz, Perrin pewien był, że Elyas żył tak już od wielu lat, zanim się spotkali.
„To jest sposób życia, jaki świadomie wybrał. A w każdym razie zaakceptował.”
To nie było żadne rozwiązanie. Perrin nie chciał tak żyć, nie chciał się z tym godzić.
„Jeśli posiadasz sztabkę metalu, z której można zrobić tylko nóż, godzisz się na to i robisz nóż, nawet jeśli chciałbyś mieć siekierę. Nie! Moje życie jest czymś więcej niż tylko żelazem, które można przekuć w dowolny kształt.”
Ostrożnie sięgnął myślami na zewnątrz, starając się wyczuć wilki — nie znalazł nic. Och, poczuł niejasne wrażenie ich obecności, gdzieś daleko, ale rozwiało się w chwili, gdy go dotknął. Po raz pierwszy od tak dawna był samotny. Błogo samotny.
Zdmuchnął latarnię i po raz pierwszy od wielu dni, legł na łóżku.
„Jak, na Światłość, Loial zdoła zasnąć w jednym z nich?”
Zwaliły się na niego wszystkie te nieprzespane noce, z wyczerpania drgały mu mięśnie. Zorientował się, że przynajmniej udało mu się nie pomyśleć ani razu o Aielu. Ani o Białych Płaszczach.
„Przeklęty topór! Światłości, niech sczeznę, obym nigdy nie musiał brać go w dłonie. . .”
Taka była ostatnia myśl, jaka nawiedziła jego umysł, zanim zasnął.
Otaczała go szara mgła, tak gęsta nad samą ziemią, że nie mógł dostrzec swych własnych butów, i tak nieprzenikniona, że nie widział nic na odległość dziesięciu kroków. Bliżej z pewnością niczego nie było. Dalej mogło czaić się wszystko. Mgła sprawiała dziwne wrażenie — nie było w niej wilgoci. Sięgnął dłonią do pasa, chcąc uspokoić się i upewnić, że nie jest bezbronny i zadrżał. Topór zniknął.
Coś poruszyło się we mgle, zawirowało pośród szarości. Coś szło za nim.
Napiął mięśnie, zastanawiając się czy lepiej uciekać, czy walczyć gołymi rękoma, i czy w ogóle jest z kim walczyć.
Falujące zawirowania mgły, poruszające się wśród szarości, zespoliły się w postać wilka, kosmata sylwetka prawie zlewała się z otoczeniem.
„Skoczek?”
Wilk zawahał się, potem podszedł i stanął przy jego boku. Skoczek — teraz był już pewien — ale coś w jego postawie, w żółtych oczach, które spojrzały przelotnie w jego własne, nakazywało milczenie, zarówno ustom jak i umysłowi; wyrażało niemy rozkaz — „chodź za mną.”
Położył rękę na grzbiecie wilka, a wtedy Skoczek ruszył naprzód. Pozwolił się prowadzić. Futro, w które wczepił dłoń było grube i kosmate. Przywracało poczucie rzeczywistości.
Mgła zaczęła gęstnieć, wkrótce już tylko chwyt dłoni dawał pewność, że Skoczek wciąż idzie obok, a niebawem, gdy spojrzał w dół, nie dostrzegł własnej klatki piersiowej. Tylko szara mgła. Równie dobrze mógłby pływać w kopcu świeżo zestrzyżonej wełny. Uderzył go również całkowity brak dźwięków. Nie słyszał nawet odgłosu swych kroków. Poruszył palcami u nóg i z ulgą poczuł skórę butów.
Mgła pociemniała i teraz wraz z wilkiem szedł przez smolistą czerń. Nie widział nawet dłoni, którą dotykał swego nosa. Prawdę mówiąc, nosa również nie widział. Na chwilę zamknął oczy i nie mógł stwierdzić żadnej różnicy. Dookoła wciąż zalegała absolutna cisza. Czuł szorstki włos grzbietu Skoczka, ale nie miał pewności, czy czuje ziemię pod stopami.
Nagle Skoczek przystanął, zmuszając go również do zatrzymania się. Rozejrzał się dookoła. . . i zacisnął powieki. Teraz różnica była wyraźna. Pojawiły się również odczucia — mdlące skręty żołądka. Zmusił się, by otworzyć oczy i spojrzeć w dół.
Widok, który zobaczył, nie mógł być prawdziwy, chyba że razem ze Skoczkiem znajdowaliby się wysoko w powietrzu. Nie mógł dostrzec ani siebie, ani wilka, jakby w ogóle nie posiadali ciał — na tę myśl żołądek skręcił się w ciasny supeł — ale pod nimi, doskonale widoczna, niczym w świetle tysiąca lamp, rozciągała się szeroka galeria luster, na pozór zawieszona swobodnie pośród czerni, jednakże tak równo, jakby ją ustawiono na rozległej posadzce. Zwierciadła ciągnęły się we wszystkich kierunkach, tak daleko jak mógł sięgnąć wzrokiem, jednakże przestrzeń pod nogami była pusta. Wewnątrz niej dostrzegł ludzi. W jednej chwili usłyszał ich głosy, tak wyraźnie, jakby stał pomiędzy nimi.
— Wielki Władco — wymamrotał jeden z nich — co to jest za miejsce? — Rozejrzał się dookoła, wzdrygnął przed własnym odbiciem, pomnożonym tysiąckrotnie i odtąd trzymał już wzrok wbity przed siebie. Pozostali stłoczyli się wokół niego, wydawali się znacznie bardziej przerażeni. Jeszcze przed chwilą spałem w Tar Valon, Wielki Władco. Ja śpię w Tar Valon! Co to jest za miejsce? Czy oszalałem?
Niektórzy z tłoczących się wokół niego mieli na sobie pyszne kaftany, pełne zdobień, inni zdecydowanie skromniejszą odzież, a niektórzy wydawali się zupełnie nadzy, czy też odziani wyłącznie w bieliznę.