Цинамонові крамниці. Санаторій Під Клепсидрою
- Автор: Шульц Бруно
- Год: 2004
- Язык: украинский
- Год: ГО Форум видавців
- ISBN: 966-537-135-5
- Переводчик: Тарас Возняк
- Жанр: Классическая проза
Электронная книга - «Цинамонові крамниці. Санаторій Під Клепсидрою». Краткое содержание книги:
Ця книжка — незвичайна. І не тільки тому, що представлено у ній новели нашого земляка із Дрогобича Бруно Шульца, блискучого письменника-новеліста рівня Франца Кафки, Стефана Цвейга чи Антона Чехова. Ця збірка новел — своєрідна перекладацька лабораторія, в якій у чарівних колбах і ретортах українських алхіміків художнього перекладу, золотом горить-переливається, відтворюючись у своїй первозданній красі, магічне слово майстра.
Перекладати Шульца непросто.
Передовсім тому, що він письменник, який у короткій художній формі намагався втілити універсум — витворити власний світ із безліччю лише на перший погляд малозначущих, а насправді тонких і символічних деталей, нюансів, алюзій і натяків, іноді навіть просто багатозначного замовчування, істинну суть яких мав би відчути й розшифрувати читач. Процес дешифрування Шульцового тексту — таїна на межі містики, бо ж кожне слово письменника може нести якийсь несподіваний відтінок значення, символ, натяк, без котрих філігранні, ажурні конструкції його художнього світу деформуються й загрозливо тріщать.
Не дивно. Адже й сам письменник, даючи відповідь на анкету про таємниці письменницької творчості, у «Wiadomościah Literackich» навесні 1939 року писав: «Сьогодні мене приваблюють усе більше невиражальні теми. Парадокс, в напруженні між їх невиражальністю та мізерністю й універсальною претензією, бажанням репрезентувати все є найсильнішим творчим стимулом.» (Цит. за Panas Władysław. Księga blasku: Traktat o Kabale w prozie Brunona Szulca — Lublin, 1997. — s. 10).
Отож, парадоксальність, незрима межа між величчю тексту та загрозою його руйнації, своєрідна космогонія й есхатологія, іноді відкритого, а іноді завуальованого змісту, специфічна манера викладу, тонкі, на ментальному рівні, відтінки значень і символів, специфічна ритмомелодика — це не повний перелік тих «підводних рифів», котрі уявляються на шляху кожного, хто перекладає Бруно Шульца.
Для цих текстів замало добре знати мову. Перекладач мусить бути іще й філософом і психологом, ерудованим читачем, і навіть тонким знавцем галицьких реалій і специфіки побуту єврейських родин…
Тим-то щоразу, коли заходить мова про переклад Бруно Шульца, говоримо про якесь нове — більшою чи меншою мірою — наближення до оригіналу як воістину феноменальної Речі-У-Собі…
Упорядники цієї книжки вирішили зробити цілком логічний видавничий експеримент.
Надаємо можливість кожному із наших перекладачів Шульца наблизитися до феномену його тексту і гостимо у нашій «перекладацькій лабораторії» автора уже апробованої книжки перекладів «Цинамонових крамниць» і «Санаторію Під Клепсидрою» Андрія Шкраб'юка, філософів і культурологів Тараса Возняка та Миколу Яковину, письменника Івана Гнатюка, історика й журналіста Андрія Павлишина. Кожен — оригінальний мислитель із своїм світобаченням, ідеалами, уподобаннями і… своїм прочитанням Бруно Шульца. Оригінал Шульцового «Санаторію Під Клепсидрою» теж подаємо у цій книжці — аби читач, котрий володіє польською мовою, і сам мав нагоду зануритися у світ фантазій дрогобицького майстра слова, світ непізнаваного — магічний світ Бруно Шульца.
Григорій ЧОПИК,
вчений секретар Наукової бібліотеки Львівського національного університету імені Івана Франка, перекладач
* * *
Назва оригіналу:
Bruno Schulz. Sklepy Cynamonowe. Sanatorium Pod Klepsydrą
Jak wielka czarna gąsienica wyjechała luneta do oświetlonego sklepu — wieloczłonkowy kadłub, ogromny papierowy karakon z imitacją dwóch latarń na przedzie. Kupujący stłoczyli się, cofając przed tym ślepym smokiem papierowym, subiekci otworzyli szeroko drzwi na ulicę i wyjechałem powoli tym papierowym autem, wśród szpaleru gości odprowadzających zgorszonym spojrzeniem ten w istocie skandaliczny wyjazd.
Tak żyje się w tym mieście i czas upływa. Większą część dnia przesypia się, i to nie tylko w łóżku. Nie, nie jest się zbyt wybrednym na tym punkcie. W każdym miejscu i o każdej porze dnia gotów jest człowiek uciąć sobie tutaj smaczną drzemkę. Z głową opartą o stolik restauracji, w dorożce, a nawet na stojączkę po drodze, w sieni jakiegoś domu, do którego wpada się na chwilę, ażeby ulec na moment nieodpartej potrzebie snu.
Budząc się, zamroczeni jeszcze i chwiejni, ciągniemy dalej przerwaną rozmowę, kontynuujemy uciążliwą drogę, toczymy naprzód zawiłą sprawę bez początku i końca. Skutkiem tego gubią się kędyś po drodze mimochodem całe interwały czasu, tracimy kontrolę nad ciągłością dnia i w końcu przestajemy na nią nalegać, rezygnujemy bez żalu ze szkieletu nieprzerwanej chronologii, do której bacznego nadzorowania przywykliśmy ongiś z nałogu i z troskliwej dyscypliny codziennej. Dawno poświęciliśmy tę nieustanną gotowość do złożenia rachunku z przebytego czasu, tę skrupulatność w wyliczaniu się co do grosza z zużytych godzin — dumę i ambicję naszej ekonomiki. Z tych kardynalnych cnót, w których nie znaliśmy ongiś wahania ani uchybienia — kapitulowaliśmy dawno.
Parę przykładów niechaj posłuży za ilustrację tego stanu rzeczy. O jakiejś porze dnia czy nocy — ledwo widoczna niuansa nieba odróżnia te pory — budzę się przy balustradzie mostku prowadzącego do Sanatorium. Jest zmierzch. Musiałem, zmorzony sennością, długo bezwiednie wędrować po mieście, nim dowlokłem się, śmiertelnie zmęczony, do tego mostku. Nie mogę powiedzieć, czy w drodze tej towarzyszył mi cały czas Dr Gotard, który stoi teraz przede mną, kończąc jakiś długi wywód wyprowadzaniem ostatecznych wniosków. Porwany własną wymową, bierze mnie nawet pod ramię i pociąga za sobą. Idę z nim i nim jeszcze przekroczyliśmy dudniące deski mostku, już śpię na nowo. Przez zamknięte powieki widzę niejasno wnikliwą gestykulację Doktora, uśmiech w głębi jego czarnej brody i staram się na darmo pojąć ten kapitalny chwyt logiczny, ten ostateczny atut, którym na szczycie swej argumentacji, nieruchomiejąc z rozłożonymi rękami, triumfuje. Nie wiem jak długo jeszcze idziemy tak obok siebie pogrążeni w rozmowie pełnej nieporozumień, gdy w pewnej chwili ocykam się zupełnie, Doktora Gotarda już nie ma, jest całkiem ciemno, ale to tylko dlatego, że trzymam oczy zamknięte. Otwieram je i jestem w łóżku, w moim pokoju, do którego nie wiem jakim dostałem się sposobem.
Jeszcze drastyczniejszy przykład:
Wchodzę w obiadowej porze do restauracji na mieście, w bezładny gwar i zamęt jedzących. I kogóż spotykam tu na środku sali przed stołem uginającym się od potraw? Ojca. Wszystkie oczy skierowane na niego, a on błyszcząc brylantową szpilką, niezwykle ożywiony, rozanielony do ekstazy, przechyla się z afektacją na wszystkie strony w wylewnej rozmowie z całą salą od razu. Ze sztuczną brawurą, na którą patrzeć nie mogę bez najwyższego niepokoju, zamawia wciąż nowe potrawy, które piętrzą się stosami na stole. Z lubością gromadzi je dookoła siebie, chociaż nie uporał się jeszcze z pierwszym daniem. Mlaskając językiem, żując i mówiąc jednocześnie, markuje on gestami, mimiką najwyższe ukontentowanie tą biesiadą, wodzi wielbiącym wzrokiem za panem Adasiem, kelnerem, któremu z rozkochanym uśmiechem rzuca wciąż nowe zlecenia. I gdy kelner, wiejąc serwetą, biegnie je spełnić, ojciec apeluje błagalnym gestem do wszystkich, bierze wszystkich na świadków nieodpartego czaru tego Ganimeda.
— Nieoceniony chłopak — woła z błogim uśmiechem, przymykając oczy — anielski chłopak! Przyznacie panowie, że jest czarujący!
Wycofuję się z sali pełen niesmaku, nie zauważony przez ojca. Gdyby był umyślnie dla reklamy nastawiony przez zarząd hotelu dla animowania gości, nie mógłby bardziej prowokująco i ostentacyjnie się zachowywać. Z głową ćmiącą się od senności zataczam się ulicami, zdążając do domu. Na skrzynce pocztowej opieram chwilę głowę i robię sobie krótką sjestę. Wreszcie domacuję się w ciemności bramy Sanatorium i wchodzę. W pokoju jest ciemno. Przekręcam kontakt, ale elektryczność nie funkcjonuje. Od okna wieje zimnem. Łóżko skrzypi w ciemności. Ojciec podnosi znad pościeli głowę i mówi: — Ach, Józefie, Józefie! Leżę tu już od dwóch dni bez żadnej opieki, dzwonki są przerwane, nikt do mnie nie zagląda, a własny syn opuszcza mnie, ciężko chorego człowieka, i włóczy się za dziewczętami po mieście. Popatrz, jak mi serce wali.
Jak to pogodzić? Czy ojciec siedzi w restauracji, ogarnięty niezdrową ambicją żarłoczności, czy leży w swoim pokoju, ciężko chory? Czy jest dwóch ojców? Nic podobnego. Wszystkiemu winien jest prędki rozpad czasu, nie nadzorowanego nieustanną czujnością.
Wiemy wszyscy, że ten niezdyscyplinowany żywioł trzyma się jedynie od biedy w pewnych ryzach dzięki nieustannej uprawie, pieczołowitej troskliwości, starannej regulacji i korygowania jego wybryków. Pozbawiony tej opieki, skłania się natychmiast do przekroczeń, do dzikich aberracji, do płątania nieobliczalnych figlów, do bezkształtnego błaznowania. Coraz wyraźniej zarysowuje się inkongruencja naszych indywidualnych czasów. Czas mego ojca i mój własny czas już do siebie nie przystawały.
Nawiasem mówiąc, zarzut rozwiązłości obyczajów uczyniony mi przez ojca jest bezpodstawną insynuacją. Nie zbliżyłem się jeszcze tu do żadnej dziewczyny. Zataczając się jak pijany od jednego snu do drugiego, ledwo zwracam uwagę w trzeżwiejszych chwilach na tutejszą płeć piękną.
Zresztą chroniczny zmrok na ulicach nie pozwala nawet dokładnie rozróżniać twarzy. Co jedynie zdołałem zauważyć, jako młody człowiek mający jeszcze na tym polu bądź co bądź pewne zainteresowania — to osobliwy chód tych panienek.
Jest to chód w nieubłaganie prostej linii, nie liczący się z żadnymi przeszkodami, posłuszny tylko jakiemuś wewnętrznemu rytmowi, jakiemuś prawu, które odwijają one jak z kłębka w nić prostolinijnego truchciku, pełnego akuratności i odmierzonej gracji.
Każda nosi w sobie jakieś inne, indywidualne prawidło, jak nakręconą sprężynkę.
Gdy tak idą prosto przed siebie wpatrzone w to prawidło, pełne skupienia i powagi, wydaje się, że przejęte są jedną tylko troską, aby nie uronić nic z niego, nie zmylić trudnej reguły, nie zboczyć od niej ani na milimetr. I wtedy jasnym się staje, że to, co z taką uwagą i przejęciem niosą nad sobą, nie jest niczym innym, jak jakąś idee fixe własnej doskonałości, która przez moc ich przekonania staje się niemal rzeczywistością. Jest to jakaś antycypacja powzięta na własne ryzyko, bez żadnej poręki, dogmat nietykalny, wyniesiony ponad wszelką wątpliwość.
Jakich mankamentów i usterek, jakich nosków perkatych lub spłaszczonych, jakich piegów i pryszczy nie przemycają z brawurą pod flagą tej fikcji! Nie ma takiej brzydoty i pospolitości, której by wzlot tej wiary nie porywał ze sobą w to fikcyjne niebo doskonałości.