Droga Na Zachód
- Автор: Сандему Маргит
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Droga Na Zachód». Краткое содержание книги:
Ojciec i syn wyruszają na zachód, ku Pirenejom, gdzie – jak widzieli ostatnio – więziono Tiril. Nie przypuszczają, że zły kardynał von Graben już zastawił pułapkę…
Zebrali się wokół Dolga na balkonie, biegnącym na wysokości pierwszego piętra wokół czworokątnego podwórza, na którym swobodnie sobie spacerowały kury, gęsi i inne zwierzęta. Nero przyglądał im się przez balustradę, z zainteresowaniem nastawiając uszu. Cichutko przy tym popiskiwał. Chętnie zbiegłby na dół i wywołał trochę zamieszania…
– Posłuchaj mnie, Dolgu – powiedział Erling. – Wielu z nas zdobyło bardzo ciekawe informacje. Aix to nie byle jakie miasto!
Pokiwali głowami. Dolg przenosił pytające spojrzenie z jednego na drugiego.
Głos w imieniu dorosłych zabrał Erling:
– Słyszałeś o Cymbrach i Teutonach?
Dolg po namyśle odpowiedział pytaniem:
– To jakieś ludy?
– Masz rację! Plemiona germańskie, największe i najważniejsze w swoim czasie. Przypuścili atak na Rzym, ale Teutonów rozbił w pył konsul Mariusz. Było to w roku sto drugim przed narodzeniem Chrystusa, a zgadnij gdzie?
– Tutaj?
– Właśnie!
Dolg wziął głęboki oddech. Długo się zastanawiał, czubkiem języka zwilżył wargi.
– Rzymianie pokonali Teutonów, ale pewnie niektórzy z nich także zginęli?
– Z całą pewnością!
Wszyscy pomyśleli o rym samym. Dolga coś ściągnęło do tego miasta. Jeśli jacyś rzymscy wojownicy należeli do starego zakonu Świętego Słońca… Nie, to nie mogli być prości żołnierze. Członkami zakonu byli zawsze wielmoże, a więc przynajmniej jakiś dowódca.
Jak oni się w tamtych czasach nazywali? Gladiatorzy? Nie!
Posypały się propozycje. Hoplici? Nie, to Grecy. Centurioni?
Tak! Teraz byli już blisko! Może chodzi o trybuna? Trybuna wojskowego?
Nic więcej wymyślić nie zdołali.
Erling westchnął.
– Z moją kupiecką francuszczyzną niedaleko zajdę w tym kraju. Nie na wiele się zda znajomość miar tkanin jedwabnych, kiedy trzeba rozmawiać o historii.
– Mój francuski także pozostawia wiele do życzenia – przyznała Theresa.
Móri nic nie powiedział, bo w ogóle nie znał francuskiego.
Jeden z żołnierzy oznajmił z dumą:
– Wyznaczono mnie, abym wam towarzyszył, ponieważ moja matka pochodziła z Hiszpanii i całkiem nieźle opanowałem ten język.
– Doskonale – pochwaliła Theresa. – Przyda nam się, kiedy tam dojedziemy.
Dowódca gwardzistów, cicho i jakby niechętnie, żeby pokazać, że nie chce się chwalić, rzekł:
– Wygląda na to, że ja opanowałem francuski najlepiej ze wszystkich. Spróbuję więc rozpytać, czy nie poległ tutaj jakiś centurion czy inny potężny dowódca.
– Świetnie – powiedział z uznaniem Erling. – Współpraca układa się nam doskonale, prawda?
Wszyscy byli tego samego zdania.
Kapitan wyruszył do miasta, by zasięgnąć języka, a Theresa towarzyszyła mu do katedry. Bardzo chciała obejrzeć tryptyk.
Dolg w tym czasie siedział na krześle w oberży i czuł się dość niemądrze. A jeśli bez najmniejszego powodu zmusił całą grupę do nadłożenia drogi? W tej chwili bowiem nie miał żadnych przeczuć i bardzo go to martwiło.
Mocno zacisnął dłonie na oparciu krzesła, naprężył ręce, głowę wcisnął w ramiona. Skrzyżowanymi stopami kołysał w przód i w tył.
Elivevo, mój dobry duchu opiekuńczy, pomóż mi, prosił w myślach. Co mam robić?
Odpowiedź napłynęła także w myślach: czekaj!
Dolg westchnął ciężko.
Wszyscy powrócili do gospody i znów się zebrali, by wymienić zdobyte informacje. Tym razem zasiedli w pełnej ludzi jadalni. Doszli do wniosku, że i tak nikt ich nie zrozumie.
– No cóż, ja widziałam tylko tryptyk – zaczęła Theresa. – Przecudny! Dowiedziałam się, że artysta nazywał się Froment, i oczywiście pomodliłam się do Madonny o dalszą pomoc. Niestety, nie potrafię się przyczynić do rozwiązania problemu.
– Czy w katedrze są katakumby? – dopytywał się Móri.
– Ach, mój drogi, o to zapomniałam spytać – odparła zatroskana. – Powinnam była o tym pomyśleć! Ale to ogromna, piękna katedra, tak więc…
– Ja dowiedziałem się czegoś – powiedział kapitan. – Kilkanaście kilometrów na wschód od Aix jest góra zwana Mont Sainte – Victoire. Tam konsul Mariusz wzniósł pomnik tuż przed bitwą z Germanami.
– Góra Świętego Zwycięstwa – mruknął zamyślony Erling. – Równie dobrze mogłaby się nazywać Górą Świętego Słońca.
– Rzeczywiście, może się z tym kojarzyć. Aż nieprzyjemnie – wzdrygnęła się Theresa. – Co ty na to, Dolgu?
Chłopiec się zastanowił.
– Nic – stwierdził wreszcie niepewnie. – To tutaj. W mieście.
Zapadło milczenie. Nikt nie miał nic więcej do dodania.
– Wyjdźmy do miasta jutro rano, my dwaj, ty i ja – zaproponował Móri. – Spróbujemy coś wyczuć.
– Nie jutro rano – poprawił go syn. – Pójdziemy już teraz!
– Prawie już noc!
– Nie mamy czasu do stracenia – nalegał Dolg. – Mama nas potrzebuje, trzeba się spieszyć.
Stanęli niepewni, nie wiedząc, co począć.
– Dowiedziałem się, że w ratuszu jest pokaźna biblioteka. Może tam dałoby się coś wyczytać? – podsunął kapitan.
Dolg przygryzł wargę.
– To nie ma nic wspólnego z biblioteką, chociaż pomysł jest dobry – powiedział wreszcie. – Muszę odnaleźć… coś innego.
– Co takiego?
– Nie wiem – westchnął chłopiec zrezygnowany.
Móri podjął decyzję:
– Myślę, że powinniśmy posłuchać Dolga. Zgoda, synu! Pójdziemy już teraz.
Nie tylko Theresa zatroskana pokręciła głową, ale Dolg się rozjaśnił.
– Może dowiem się, kiedy dotrzemy na miejsce?
– Jeśli w ogóle na nie trafimy – mruknął Móri.
Czuł się zmęczony i marzył o położeniu się do łóżka, żeby rano wstać świeży i wypoczęty. Ale Dolg z pewnością miał rację, należało się spieszyć ze względu na Tiril. Już i tak zbyt długo musiała czekać.
Miasto pogrążyło się w mroku, tylko gdzieniegdzie słabo świeciły pochodnie albo bardziej nowoczesne lampki oliwne. Domy leżały uśpione, jasno było jedynie w pośledniejszych gospodach, ale stamtąd dochodziły pijackie wrzaski, więc Móri i Dolg trzymali się od nich z daleka. Zaopatrzyli się w latarenkę, oświetlającą nieco brudne, wąskie uliczki i pobielone wapnem ściany domów.
Móri pozwolił, aby Dolg wybierał drogę.
– Kapitan mówił, że ruiny pierwotnej osady leżą na północ od Aix. Może tam “właśnie powinniśmy spróbować? – zastanawiał się Dolg.
– Owszem, możemy. Ale dowiedzieliśmy się także, że bitwa Rzymian z Teutonami rozegrała się na zachód od miasta.
– Naprawdę? – ucieszył się Dolg. – Ja o tym nie słyszałem. Wobec tego tam powinniśmy iść.
– To może być daleko, a i tak jutro będziemy jechać w tamtym kierunku. Czy nie moglibyśmy załatwić tego po drodze?
Ale Dolg oddychał szybko, z niecierpliwością.
– Nie. Nabrałem pewności, kiedy powiedziałeś o zachodnich okolicach miasta. Musimy tam iść, ale nie aż do samego pola bitwy. Chodźmy! Chodźmy!
W świetle latarenki oczy chłopca błyszczały z podniecenia. Ręka, spoczywająca w dłoni Móriego, drżała. Czarnoksiężnikowi nie pozostawało więc nic innego, jak ruszyć za synem, uparcie ciągnącym go w jednym kierunku, najpewniej na zachód. W jaki sposób chłopiec mógł się tak dobrze orientować w ciemnościach w nieznanym mieście, Móri nie mógł zrozumieć.
– Dolgu, dlaczego nie możemy wstrzymać się do jutra?
– Ponieważ to nie jest zwykła droga prowadząca z miasta. Tędy, szybko! Spieszmy się, dopóki przeczucie mnie prowadzi.
Nagle Móri także coś poczuł, coś zaczęło go ciągnąć, kusić.