Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Dom Westalek». Краткое содержание книги:

Dziewięć historii, które składają się na tę książkę, to misternie skonstruowane, pełne napięcia kryminały. Wszystkie Umiejscowione są w okresie ośmiu lat dzielących Rzymską krew i Ramiona Nemezis (dwie pierwsze powieści cyklu Roma sub rosa). W tle opisywanych intryg przewija się dzieciństwo Ekona, adoptowanego syna Gordianusa, związek bohatera z niewolnicą Bethesdą (późniejszą jego żoną), a całość, co chyba najważniejsze, przesycona jest historią Rzymu od kresu dyktatury Sulli aż po powstanie Spartakusa. Dom westalek to istotne uzupełnienie całego cyklu. Roma sub rosa, cykl powieści Stevena Saylora, których akcja toczy się w starożytnym Rzymie u schyłku republiki, a bohaterem jest Gordianus Poszukiwacz, został nadzwyczaj dobrze przyjęty i przez czytelników, i przez krytyków, dając autorowi miejsce wśród znaczących twórców sensacyjnych powieści historycznych.
1 ... 8 9 10 11 12 13 14 15 16 ... 60
Перейти на страницу:

Nad nami przeniknęła kolejna spadająca gwiazda; świerszcze niestrudzenie grały w listowiu, a ja przeciągnąłem się sennie.

– I zapewne ci dwoje się wkrótce potem pobrali – wyraziłem przypuszczenie.

– Tak mówi historia i nic dziwnego, że kobieta tak mądra jak Naja mogła wybrać tylko mężczyznę tak sprytnego jak ten złodziej. Z uzyskanym przez nią srebrem i z połączonymi siłami ich rozumu na pewno żyło im się dobrze i szczęśliwie.

– A król Rampsynitos?

– Jego pamięć jest wciąż czczona jako ostatniego z dobrych królów, bo potem Cheops zapoczątkował długą dynastię katastrof. Mówią, że po rozwikłaniu tajemnicy ginącego srebra Rampsynitos udał się do miejsca zwanego przez Greków i Rzymian Hadesem i grał tam w kości z Demeter. Jedną grę wygrał, drugą przegrał. Kiedy wracał, bogini podarowała mu złotą chusteczkę. I dlatego właśnie kapłani zawiązują sobie oczy żółtymi opaskami, kiedy podążają za szakalami do świątyni Demeter w noc święta wiosny…

Musiałem zasnąć, bo nie zapamiętałem reszty opowieści Bethesdy. Kiedy się ocknąłem, milczała, ale po oddechu poznałem, że jeszcze nie śpi.

– Bethesdo… – szepnąłem. – A jaki był twój największy występek i najsprytniejsza sztuczka?

Minęła długa chwila, zanim usłyszałem odpowiedź.

– Myślę, że one są jeszcze przede mną. A twoje?

– Chodź tu do mnie, to ci powiem na ucho.

Noc trochę się ochłodziła. Od doliny Tybru nadleciała lekka bryza. Bethesda podniosła się z sofy i położyła się przy mnie. Dotknąłem ustami jej ucha, ale nie szeptałem żadnych sekretów; robiliśmy za to coś innego. A następnego dnia poszedłem na ulicę złotników i kupiłem jej prostą srebrną bransoletę na pamiątkę nocy opowieści o królu Rampsynitosie i jego skarbcu.

FAŁSZYWY TESTAMENT

Lucjusz Klaudiusz ma palce jak kiełbaski, rumiane policzki i czerwony nos nad małymi, ale grubymi ustami. Głowę okala mu wianuszek niesfornych rudawych włosów. Jest nobilem, a nawet kimś więcej: nazwisko Klaudiusz świadczy o jego przynależności do klasy patrycjuszy, tej niewielkiej liczby starych rodów, które uczyniły Rzym wielkim (a w każdym razie wmówiły to pozostałym Rzymianom). Nie wszyscy patrycjusze są bogaci; nawet najszacowniejsze rody mogą podupaść z biegiem wieków. Ale po złotym patrycjuszowskim pierścieniu, któremu dotrzymywały towarzystwa inne (jeden, srebrny z lapisem, inny z białego złota z oczkiem z nieskazitelnego zielonego szkła), domyślałem się, że Lucjusz Klaudiusz dysponuje pokaźnym majątkiem. Oprócz pierścieni nosił na szyi złoty łańcuch, z którego zwisały lśniące szklane, sopelki, nurzające się w porastających jego pulchną pierś rudych kędziorkach. Jego toga sporządzona była z najlepszej wełny, a skórzane buty wykonał prawdziwy mistrz szewskiego fachu. Jednym słowem, przedstawiał obraz typowego bogatego patrycjusza, ani specjalnie przystojnego, ani specjalnie inteligentnego, ale nienagannie ubranego i zadbanego. W zielonych oczach igrały wesołe iskierki, a usta łatwo się układały w uśmiech, zdradzając ogólnie przyjemny charakter. Bogaty, szlachetnie urodzony i z natury pogodny – wydał mi się człowiekiem, który nie powinien mieć najmniejszych zmartwień; niewątpliwie miał jednak jakieś, bo inaczej nigdy by mnie nie odwiedził.

Siedzieliśmy w moim niewielkim ogrodzie. Jeszcze nie tak dawno człowiek o pozycji społecznej Lucjusza Klaudiusza nie postawiłby nogi w domu Gordianusa Poszukiwacza, ale w ostatnich latach stałem się bardziej, by tak rzec, tolerowany. Myślę, że zaczęło się to od mojej pierwszej roboty dla młodego adwokata Cycerona. Najwyraźniej mój zleceniodawca opowiadał o mnie różne miłe rzeczy kolegom z sądów, na przykład, że przyjął mnie kiedyś pod swój dach i okazało się, że ten Gordianus, choć zawodowy szperacz i znajomek różnych szumowin, jednak umie jeść łyżką z miski i używać domowej toalety.

Lucjusz wypełniał sobą podane mu krzesło aż po brzegi. Był wyraźnie nieswój: wiercił się, na ile mu pozwalały sztywne ramy poręczy, i bawił pierścieniami, a wreszcie uśmiechnął się głupio i wyciągnął rękę z opróżnionym kubkiem.

– Mogę dostać jeszcze trochę?

– Naturalnie. – Klasnąłem w dłonie. – Bethesdo! Dolej wina gościowi. Najlepszego, z tej zielonej butelki.

Bethesda spełniła polecenie dość niechętnie; niespiesznie wstała ze swojego miejsca za kolumną perystylu i wolnym krokiem udała się do kuchni, poruszając się z gracją rozwijającego się kwiatu. Lucjusz patrzył za nią, przełykając z trudem ślinę.

– Bardzo piękną masz niewolnicę – wyszeptał.

– Dziękuję, Lucjuszu Klaudiuszu.

Miałem nadzieję, że nie zacznie nalegać, abym mu ją sprzedał, jak to czyni większość moich zamożnych klientów; płonną, jak się zaraz okazało.

– Pewnie byś nie zechciał… – zaczął.

– Niestety, nie.

– Ale ja chcę powiedzieć…

– Prędzej bym ci sprzedał moje nadprogramowe żebro.

– No tak… – mruknął, po czym zmarszczył mięsiste czoło. – Co powiedziałeś?

– Och, nic takiego. Takie bzdurne wyrażenie, które przejąłem od Bethesdy. Według jej przodków po mieczu pierwsza kobieta powstała z żebra wyjętego z pierwszego mężczyzny przez ich boga zwanego Jehową. Dlatego właśnie niektórzy z nas mają jakby dodatkowe żebro, bez odpowiednika po drugiej stronie.

– Poważnie? – Lucjusz zaczął się macać po żebrach, ale był chyba zbyt tłusty, by którekolwiek wyczuć pod palcami.

Pociągnąłem łyk wina, kryjąc uśmiech. Bethesda opowiadała mi wiele razy hebrajską historię o stworzeniu ludzi. Za każdym razem łapię się za bok i wydaję bolesny jęk, aż oboje wybuchamy śmiechem. Uważam to za bardzo dziwną legendę, ale nie dziwniejszą od opowieści jej matki o egipskich bogach z głowami szakali czy byków i o krokodylach spacerujących na tylnych łapach. Jeśli jest choć trochę prawdziwa, to ten hebrajski bóg jest godzien szacunku; nawet Jowisz nie może rościć sobie praw autorskich do tworu choć w połowie tak doskonałego jak Bethesda.

W końcu uznałem, że poświęciłem wystarczająco dużo czasu na przełamywanie lodów.

– Powiedz mi, Lucjuszu Klaudiuszu, co cię trapi?

– Weźmiesz mnie za głupca… – zaczął.

– Z pewnością nie – wtrąciłem przekonany, że pewnie tak właśnie będzie.

– Cóż… To było przedwczoraj… a może dwa dni temu? W każdym razie na drugi dzień po idach majowych, tego jestem pewien.

– Jeśli tak, to istotnie owo nie nazwane jeszcze przez ciebie zdarzenie nastąpiło dwa dni temu.

Bethesda wysunęła się z domu i stanęła w cieniu portyku, czekając na mój znak. Pokręciłem głową, każąc jej zostać na miejscu. Kolejny kubek wina mógł rozluźnić Lucjuszowi język, ale w głowie szumiało mu już wystarczająco.

– Cóż więc zaszło tego szczególnego dnia?

– Akurat byłem w tej okolicy… nie tu na Eskwilinie, ale u jego podnóża, w Suburze…

– Subura to fascynująca dzielnica – powiedziałem, starając się sobie wyobrazić, czym jej brudne uliczki mogły przyciągać człowieka, który zapewne mieszka w wielkiej willi na Palatynie. Przychodziły mi na myśl tylko szulernie, tawerny, domy rozpusty i zbóje do wynajęcia.

– Widzisz, nie mam zbyt wielu zajęć. – Lucjusz westchnął ciężko. – Nigdy nie miałem głowy do polityki ani interesów, jak inni członkowie mojej rodziny. Na Forum czuję się bezużyteczny. Próbowałem życia na wsi, ale rolnik też ze mnie żaden. Krowy i zbiory mnie serdecznie nudzą. Nie lubię też przyjmować gości; obcy ludzie na kolacji, wszyscy dwa razy mądrzejsi ode mnie, a ja mam ich zabawiać. Tyle z tym zachodu… Jak widzisz, szybko i łatwo ulegam nudzie.

1 ... 8 9 10 11 12 13 14 15 16 ... 60
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)