Godzina Byka
- Автор: Ефремов Иван Антонович
- Серия: Wielki Pierścień #2
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: Solaris
- Переводчик: Witold Jabłoński
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Godzina Byka». Краткое содержание книги:
Radzieckiej cenzurze powieść Jefremowa się nie spodobała, gdyż planeta, której astronauci idą na ratunek, zbyt przypominała sowiecką rzeczywistość.
Czedi źle odgadła myśli Faj Rodis. Jej odczucia były znacznie bardziej dręczące, niż u Czedi, ponieważ nie straciła świadomości. Silne, doskonale wytrenowane ciało sprzeciwiało się przejściu w zero-przestrzeń niemal tak samo jak prowadzących GPP. Prędko odzyskawszy równowagę, myślała o pokoju w instytucie Kina Ruha na wschodzie Kanady, w którym przygotowywała się do wyprawy.
Obszerna sala miała wielkie okna z płyt silikolowych, wychodzące na dolinę dużej rzeki, płynącej przez sosnowe lasy rezerwatu. Faj Rodis przypominały się drobne, nieistotne detale, od słomkowego odcienia wykładziny do wielkich stołów i tapczanów, wyrzeźbionych z szarego, jedwabistego drewna. Ciepło zacisza sprzyjało pracy, zwłaszcza, gdy za zwróconą ku rzecznej dali przezroczystą ścianą płynęły nisko chmury, a wiatr sypał chłodnym deszczem. Kładła się wtedy na tapczanie w przeciwległym końcu pokoju z czytnikiem i kolekcją nagrań starych filmów, rozmyślała, czytała, oglądała. Szczęśliwe czasy „pochłaniania” informacji, dzięki którym mogła zrozumieć dawne procesy historyczne i drogę rozwoju ludzkości.
Kiedyś natrafiła na fragment filmu wojennego. Grzyb atomowy, utworzony z wody i pary, wznosił się nad oceanem, nad chmurami i wierzchołkami palm na stromym brzegu. Parę statków było wywróconych i zniszczonych. Dwóch ludzi obserwowało to, co się dzieje z nadbrzeżnego fortu. Starsi i masywni, mieli jednakowe furażerki ze złotymi emblematami, oznaczające dowódców.
Ich twarze, oświetlone łuną płonącego morza, poorane zmarszczkami, z opuchniętymi, zmęczonymi oczami, nie wyrażały przestrachu, tylko skupienie. Obaj mieli mocne rysy, szerokie szczęki i cechowała ich wiara w powodzenie w tytanicznych zmaganiach…
Rodis przypomniała sobie, jak wtedy, patrząc w ciemną noc za przeszkloną ścianą, myślała o oceanie męstwa potrzebnego mieszkańcom Ziemi, żeby wydobyć się z pierwotnej dzikości, a swą planetę przemienić w jasny, kwitnący ogród.
Dziewięćdziesiąt miliardów ludzi skosił czas, poczynając od chybotliwych szałasów na gałęziach drzew lub wąskich szczelin skalnych, aż wraz ze zwycięstwem wiedzy i rozumu, z nastaniem na całej planecie społeczeństwa komunistycznego skończyła się noc nieszczęścia od wieków towarzysząca ludzkości. Potworna cena!
Teraz jednak dumna kobieta była wstrząśnięta i co tu dużo mówić, przestraszona zetknięciem z realnością wszechświata, nie mniej niż spętane strachem jej dawno wymarłe siostry. Strach przed rzeczywistością, wiodący do oderwania się od niej, do tworzenia iluzji i wypaczenia prawdy, zawsze władał człowiekiem nieprzysposobionym od dziecka do walki z siłami przyrody. Nawet i ona, w pełni zdrowa, ze specjalnie wytrenowaną psychiką, drży przed fundamentalnymi strukturami realnego świata… Lecz twarde, niezłomne są twarze jej towarzyszy boju z siłami anty-świata, wobec których nie tylko człowiek, ale cała galaktyka zdawała się marnym pyłkiem, niknącym bez śladu w złowrogiej ciemności Tamasu, anty-czasu i anty-przestrzeni…
Faj Rodis obserwowała trzech siedzących przed nią nieustraszonych pilotów i pytała samą siebie: gdzie jest granica i czy w ogóle istnieje? Wraz z wynalezieniem GPP nastąpiła Era Podanych Rąk, ale co przyniesie przyszłość? Era połączenia Szakti z Tamasem? Zrównoważenia korzeni dwubiegunowego wszechświata? Jak uniknąć zderzenia z brakiem struktur i całkowitej anihilacji? Nie miała sił nawet na niejasne domysły.
Kryształowa kolumna zgasła w tym momencie i nowy dźwięk przypominający akord struny basowej zadźwięczał na podłodze kabiny. Faj Rodis wyczuła instynktownie, że „Ciemny Płomień” dotarł do celu, a właściwie do punktu wyjścia. Znowu coś się działo z jej ciałem. Upadek czy wzlot? Rozciąganie czy ucisk? Nie mogła tego określić. Wszystkie zwykłe odczucia zniknęły. Jak gdyby pływała w stanie nieważkości, nie odczuwając zimna ani ciepła, niskości ani wysokości, światła ni mroku. Straciwszy wszelką orientację mózg odmawiał postrzegania czegokolwiek. Monotonne myśli krążyły w kółko, goniąc jedna za drugą w nieskończonej czeredzie powtórek. Nie odczuwała strachu ani radości i nie pojmowała swego stanu, podobnego do życia świeżo narodzonego, ale wciąż bezmyślnego, jak przed miliardami lat. Coś niewiadomego wtargnęło w ten krąg myśli i rozerwało zamknięty łańcuch. Świadomość ponownie otworzyła się, by ogarnąć zewnętrzny świat. Powracając z niebytu… Nie, chyba nie należało tak nazywać owego stanu. Rodis była, lecz nie istniała albo raczej istniała, ale nie była.
Ujrzała wspaniałą kaskadę gwiezdnych ogników. Pasma i kule gorejącej materii znalazły się teraz na dole ekranów po lewej stronie. Z przodu i po prawej w czerni kosmosu świeciła złowieszczo konstelacja Pięciu Czerwonych Słońc, a w pobliżu jeszcze dwie blade gwiazdy.
Gryf Rift wstał i potarł twarz dłońmi, jakby zmywając z niej zmęczenie. Diw Simbel manipulował na pulpicie dyskami cyfrowymi. Gwiazdolot drgnął parę razy, niczym uspokajający się zwierz i zamarł. Serce Faj Rodis rozgrzała nieopisana, głęboka radość. Czuła się jak człowiek błądzący w złowrogim tunelu, który wyszedł w końcu ku niebieskiemu firmamentowi, ciepłemu słońcu, zapachom lasów i łąk. Uśmiechnęła się do wszystkich: do Gryfa Rifta, Czedi, obojga astronautów przemykających wzdłuż pulpitów w stronę windy i pomieszczenia maszyn cyfrowych. W owalnym wejściu pojawił się nagle Gen Atal. Przesunął zieloną dźwignię i masywne drzwi przesunęły się na prawo. Inżynier broni podszedł do Czedi jednocześnie z Gryfem Riftem.
— To wszystko! — powiedział Rift. — Reszta w rękach astronawigatorów. Wkrótce nam powiedzą, jak daleko wyszliśmy od celu. Jak pan sądzi, Diw?
Inżynier pilot wskazał na blade światełko o średnicy około pięciu centymetrów, zakryte do połowy ramą ekranu i niezauważone wcześniej przez Faj.
— Jeśli to jest słońce Tormansa i ma wielkość podobną do naszego, mamy do niego zaledwie trzysta, może czterysta milionów kilometrów. To drobiazg.
— A jeśli to nie ono, tylko którekolwiek bądź z tej piątki? — spytał Sol Sain.
— Trzeba będzie długo wędrować… albo znowu wejść w zero-przestrzeń, ale już bez przygotowanych wcześniej na Ziemi współrzędnych. Byłby problem, ale wierzę w ziemskie obliczenia i naszych astronawigatorów. Nie pierwszy raz prowadzą GPP — odparł spokojnie Simbel.
Czedi Daan ostrożnie opuściła nogi na sprężystą podłogę.
— Jak się czujesz, Czedi? — zapytał troskliwie Gryf Rift. — Może wezwać Ewizę? Wszyscy ryzykowaliśmy, poddając was takiemu doświadczeniu. Liczyłem na to, że cała załoga jest dobrze wytrenowana.
— I nie pomylił się pan — odparła Czedi prostując się i starając ze wszystkich sił opanować drżenie w nogach i mroczki latające przed oczami.
Trójka kierujących gwiazdolotem wymieniła między sobą aprobujące spojrzenia. Odpowiedziała tak, jakby dwukrotna, krótkotrwała utrata przytomności była dla niej zwyczajną sprawą. Czedi ułowiła żartobliwą iskierkę w oczach Sola Saina.
— Dlaczego nie troszczy się pan o Faj Rodis? Ona także pierwszy raz wchodziła w zero-przestrzeń.