The Lady of the Lake [Pani Jeziora]
- Автор: Сапковский Анджей
- Серия: Wiedźmin #7
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-129-1
- Переводчик: David French
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «The Lady of the Lake [Pani Jeziora]». Краткое содержание книги:
But this is Ciri, the child of prophecy, and she will not be defeated. She knows she must escape to finally rejoin the Witcher, Geralt, and his companions - and also to try to conquer her worst nightmare. Leo Bonhart, the man who chased, wounded and tortured Ciri, is still on her trail. And the world is still at war
Przemowa zmęczyła go, rozkaszlał się znowu i wysmarkał w przemoczony już batyst. Vilgefortz uderzył dłonią o stół.
— Dość tej zabawy — rzekł makabrycznie przewracając swym miniaturowym okiem. - Wiedz, Yennefer, że nie jesteś mi już potrzebna. W zasadzie powinienem kazać wsadzić cię do worka i utopić w jeziorze, ale ja z najwyższą niechęcią sięgam po tego rodzaju środki. Do czasu, gdy okoliczności pozwolą lub każą podjąć inna decyzję, będziesz przebywała w odosobnieniu. Uprzedzam jednak, że nie pozwolę, byś sprawiała mi kłopoty. Jeśli znowu zdecydujesz się na głodówkę, wiedz, że nie będę, jak w październiku, tracił czasu na karmienie cię przez rurę. Zwyczajnie pozwolę ci się zagłodzić. A w przypadku prób ucieczki rozkazy strażników są jednoznaczne. A teraz żegnam. Jeśli, naturalnie, zaspokoiłaś już…
— Nie — Yennefer wstała, z rozmachem cisnęła serwetkę na stół. - Może i jeszcze bym coś zjadła, ale towarzystwo odbiera mi apetyt. Żegnam panów.
Stefan Skellen kichnął i rozkaszlał się. Bladooki mierzył ją złym spojrzeniem i uśmiechał się paskudnie. Vilgefortz patrzył w bok.
Jak zwykle, prowadzona z więzienia lub do więzienia, Yennefer próbowała zorientować się, gdzie jest, zdobyć choćby strzępek informacji, mogący jej pomóc w planowanej ucieczce. I za każdym razem spotykał ją zawód. Zamczysko nie miało żadnych okien, przez które mogłaby zobaczyć otaczający je teren lub choćby słońce i spróbować określić strony świata. Telepatia była niemożliwa, dwie ciężkie bransolety i obroża z dwimerytu skutecznie niwelowały wszelkie próby użycia magii.
Komnata, w której ją uwięziono, była zimna i surowa jak pustelnicza cela. Yennefer przypominała sobie jednak radosny dzień, kiedy przeniesiono ją tu z lochu. Z piwnicy, na dnie której wiecznie stała kałuża śmierdzącej wody, a na ścianach wykwitały saletra i sól. Z piwnicy, gdzie karmiono ją ochłapami, które szczury bez wysiłku wyrywały jej z okaleczonych palców. Gdy po jakichś dwóch miesiącach rozkuto ją i wyciągnięto stamtąd, pozwolono przebrać się i wykąpać, Yennefer nie posiadała się ze szczęścia. Komnatka, do której ją przeniesiono, wydawała się jej królewską sypialnią, a cienka polewka, jaką jej przynoszono, zupą z jaskółczych gniazd, godną cesarskiego stołu. Jasna rzecz, po jakimś czasie polewka okazała się jednak pomyjowatą lurą, twarde wyrko twardym wyrkiem, a więzienie więzieniem. Zimnym, ciasnym więzieniem, w którym po czterech krokach trafiało się na ścianę.
Yennefer zaklęła, westchnęła, usiadła w karle, będącym oprócz wyrka jedynym meblem, jakim dysponowała.
Wszedł tak cicho, że niemal go nie usłyszała.
— Nazywam się Bonhart — powiedział. - Dobrze, żebyś zapamiętała to nazwisko, wiedźmo. Żebyś dobrze wryła je sobie w pamięć.
— Chędoż się, bucu.
— Jestem — zazgrzytał — łowcą ludzi. Tak, tak, nadstaw uszu, czarownico. We wrześniu, trzy miesiące temu w Ebbing złowiłem twojego bękarta. Tę całą Ciri, o której tyle się tu gada.
Yennefer nadstawiła uszu. Wrzesień. Ebbing. Złowił. Ale jej nie ma. Może łże?
— Szarowłosa wiedźminka szkolona w Kaer Morhen. Kazałem jej walczyć na arenie, zabijać ludzi pod wrzask publiki. Powoli, powoli zamieniałem ją w bestię. Uczyłem ją do tej roli harpem, pięścią i obcasem. Długo ją uczyłem. Ale uciekła mi, zielonooka żmija.
Yennefer odetchnęła niezauważalnie.
— Uciekła mi w zaświaty. Ale jeszcze kiedyś się spotkamy. Pewien jestem, że kiedyś się spotkamy. Tak, czarownico. A jeśli czegoś żałuję, to tylko tego, że twojego wiedźmińskiego miłośnika, owego Geralta, upiekli w ogniu. Chętnie dałbym mu posmakować mojej klingi, przeklętemu odmieńcowi.
Yennefer parsknęła.
— Posłuchaj no, Bonhart, czy jak ci tam. Nie rozśmieszaj mnie. Wiedźminowi to ty do pięt nie dorastasz. Równać się z nim nie możesz. W żadnej konkurencji. Jesteś, jak przyznałeś, rakarzem i hyclem. Ale dobrym tylko na małe pieski. Na bardzo małe pieski.
— Popatrz no tu, wiedźmo.
Gwałtownym ruchem rozchełstał kubrak i koszulę, wyciągnął, plącząc łańcuszki, trzy srebrne medaliony. Jeden miał kształt głowy kota, drugi orła lub gryfa. Trzeciego nie widziała dokładnie, ale chyba był to wilk.
— Takich rzeczy — parsknęła znowu, udając obojętność — pełno jest na jarmarkach.
— Te nie są z jarmarku.
— Co ty nie powiesz.
— Było raz tak — zasyczał Bonhart — że porządni ludzie bali się wiedźminów bardziej niż potworów. Potwory, bądź co bądź, siedziały w lasach i komyszach, wiedźmini zaś mieli czelność kręcić się koło świątyń, urzędów, szkół i placów zabaw. Porządni słusznie uznali to za skandal. Poszukali więc kogoś, kto mógłby zrobić z bezczelnymi wiedźminami porządek. I znaleźli kogoś takiego. Niełacno, nieprędko, nieblisko, ale znaleźli. Jak widzisz, zaliczyłem trzech. Ani jeden odmieniec więcej nie pojawił się w okolicy i nie drażnił poczciwych obywateli swym widokiem. A gdyby się pojawił, to załatwiłbym go tak samo jak poprzednich.
— We śnie? — wykrzywiła się Yennefer. - Z kuszy, zza węgła? Czy może podawszy truciznę?
Bonhart schował medaliony pod koszulą, zrobił dwa kroki w jej stronę.
— Drażnisz mnie, wiedźmo.
— Taki miałam zamiar.
— Ach, tak? To zaraz pokażę ci, suko, że z twoim wiedźmińskim kochankiem mogę konkurować w każdej dziedzinie. Ba, żem nawet i lepszy od niego.
Stojący przed drzwiami strażnicy aż podskoczyli, słysząc z celi łomot, trzask, huk, wycie i skowyt. A gdyby strażnikom zdarzyło się kiedykolwiek wcześniej w życiu słyszeć wrzask złowionej w paść pantery, to przysięgliby, że w celi jest właśnie pantera.
Potem z celi dobiegł strażników straszny ryk, wypisz wymaluj, zranionego lwa, którego zresztą strażnicy nigdy nie słyszeli również, a oglądali tylko na tarczach herbowych. Popatrzyli po sobie. Pokiwali głowami. Potem wpadli do środka.
Yennefer siedziała w kącie komnaty wśród resztek wyrka. Włosy miała rozburzone, suknię i koszulę rozdartą od góry do samego dołu, jej małe dziewczęce piersi unosiły się ostro w rytm ciężkich oddechów. Z nosa ciekła jej krew, na twarzy szybko rosła opuchlizna, wzbierały też pręgi od paznokci na prawym ramieniu.
Bonhart siedział w drugim końcu izby wśród złomków zydla, oburącz trzymając się za krocze. I jemu krew ciekła z nosa, barwiąc siwe wąsy na kolor głębokiego karminu. Twarz miał poprzekreślaną krwawymi drapnięciami. Ledwo zagojone palce Yennefer były nędzną bronią, ale kłódki bransolet z dwimerytu miały wspaniale ostre krawędzie.
W puchnącym policzku Bonharta, równiutko w kości jarzmowej, wbity bardzo głęboko obydwoma zębami, tkwił widelec, który Yennefer zwędziła ze stołu podczas wieczerzy.
— Tylko małe pieski, ty hyclu — wydyszała czarodziejka, próbując zasłonić biust resztkami sukni. - A od suczek trzymaj się na odległość. Za słaby jesteś na nie, pętaku.
Nie mogła sobie darować, że nie trafiła tam, gdzie mierzyła — w oko. Ale cóż, cel był ruchomy, a poza tym nikt nie jest doskonały.
Bonhart ryknął, wstał, wyrwał widelec, zawył i aż zatoczył się z bólu. Zaklął ohydnie.
Do celi zajrzało już tymczasem następnych dwóch strażników.
— Hej, wy! — zaryczał Bonhart, ścierając krew z twarzy. - Sami tu! Wyciągnąć mi tę gamatkę na środek podłogi, rozkrzyżować i przytrzymać.
Strażnicy patrzyli po sobie. A potem na sufit.
— Lepiej idźcie stąd sobie, panie — powiedział jeden. - Nie będzie się tu ani krzyżować, ani trzymać. My tego nie mamy w obowiązkach.
— A kromie tego — mruknął drugi — nie mamy zamiaru kończyć jak Rience albo Schirrú.