W Kraju Niewiernych
- Автор: Дукай Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «W Kraju Niewiernych». Краткое содержание книги:
– Mhm?
– Przyjazne oko na niebie…
Ruszyli ku leprozorium. Dopiero teraz Daniel zorientował się, że już nie pada.
W rowie leżał Orangutan Nieboszczyka, zastrzelony. Jego nie przeniesiono za ruiny.
Coś go tknęło i Daniel obejrzał się. W drzwiach szpitala stał de la Croix, nie spuszczał wzroku z Redinga.
– Czego on się spodziewa, do cholery?
– Cudu.
– Taa, już widzę, jak zstępuje do mnie z niebios Syn Boży.
– Nie mów! – parsknął najemnik. – Sam zaczynasz wierzyć, chłopie.
Daniel odwrócił wzrok.
– Tak, chyba tak. Pięć milionów tu, jakaś setka na odwrócenie satelity, kolejny milion łapówek dla generalicji, żeby się ruszyli i spacyfikowali okolicę… Nigdy dotąd nie angażował takich środków, musi być naprawdę przekonany o powodzeniu; co z kolei przekonuje mnie. Majorze?
– Mhm?
– Masz jakieś rozkazy odnośnie… krytycznej chwili?
– Chronić cię. Wywiązuję się z kontraktu – odparł sucho Wroński i Reding otrząsnął się. Otumaniony chemikaliami grzązłby tak w gafach coraz głębiej – bo przecież linia do KS via satelita z pewnością została już ustanowiona. Dobrze, że przynajmniej major nie stracił głowy.
Doszli do werandy leprozorium.
– Jeśli faktycznie… – Wroński zawahał się. – Co Mu powiesz?
– Nie mam, kurwa, pojęcia.
Kula zaplątała się w szlafrok, Wroński cofnął się, żeby pomóc Danielowi. Odezwał się radiotelefon. Podniósł go do ucha, przyciszony.
– Dobra wiadomość – rzekł. – Znaleźli i odprowadzili ten wóz, który byłeś uprzejmy ukraść. Zdaje się, że mają też twoje rzeczy.
– Gdzie?
Major wskazał ręką.
– Czujesz się na siłach? Przyniosę.
– Najwyżej zemdleję i będę miał święty spokój. Ile jeszcze? Dwie godziny?
Ubłocony po szyby minivan zaparkowano z otwartymi wszystkimi drzwiczkami za łąką trupów. Schodzili wzdłuż strumienia, mijając łukścianę zburzonej kaplicy i stanowisko moździerza. Trzej żołnierze – dla Daniela tak podobni do siebie, że prawie bliźniacy – wywlekali właśnie z pojazdu ciała tamtych dwóch M'Atowców.
Daniel z ulgą przysiadł na progu minivana. Zajrzał do wnętrza. Leżał tu kłąb płótna i błota, który mógł być jego torbą.
– Jest telefon, coś takiego – mruknął zdumiony Wroński sprawdziwszy kabinę.
Daniel wyprostował prawą nogę, która znowu mu cierpła. Żołnierze starali się układać ciała zabitych rewolucjonistów w równych rzędach, toteż stąd aż do kaplicy ciągnęły się proste skiby zwłok. Prawie wszystkie ciała odarto z ubrań. Wkrótce zapewne je spalą – w dzień zleciałyby się muchy, zbiegli padlinożercy, zaraza gotowa. Było ich dobrze ponad stu; może dwieście. W zabójczo kontrastowym świetle reflektorów wyglądali na jeszcze bardziej martwych, sinieli w oczach. Był nów, a i gwiazdy jakby nieśmiałe wobec takiej iluminacji – scena tylko zyskiwała na sztuczności.
Jeden z bliźniaków zapytał go o coś, ale Daniel nawet nie rozróżnił słów. Wzruszył ramieniem. Tamten pokazywał na dołożone właśnie do szeregu zwłoki. Bliżej leżał młodszy. Mimo bardzo ciemnej skóry (a może właśnie dzięki niej) ślady palców Daniela na jego twarzy, szyi, siniaki od dłoni na skroniach – były doskonale widoczne. Usta zabitego pozostawały wpółotwarte, wylewało się z nich błoto. Lewe oko wytrzeszczone, drugie natomiast zamknięte.
– Gdzie ten telefon? – rzucił głośno Daniel, znajdując w ten sposób pretekst (dla samego siebie) do podniesienia wzroku.
Wroński coś odpowiedział, ale Reding nie zrozumiał. Wstawał, opierając się o dach samochodu. Chciał krzyknać, zawołać o pomoc; zamiast tego rzekł spokojnie i wyraźnie:
– Tak. – Schylił się, żeby coś podnieść. Ogień, który nadchodził z prawej, zatrzepotał połami jego szlafroka. Murzyn otworzył drugie oko i wykrztusił resztę błota. Złapał podaną dłoń Daniela – jego dłoń była lodowato zimna. Daniel uśmiechnął się (zamiast wrzeszczeć!), po czym odwrócił się do białego ognia.
Pierwszego dnia nie odwiedził go nikt. No oczywiście lekarz, pielęgniarka; ale nikt z zewnątrz. Była to prywatna klinika dla cudzoziemców i personel mówił po angielsku, wypytał więc ich Daniel o wszystko. Minęły trzy doby, on znajdował się w Maroku. W pokoju nie znalazł ani swego ubrania, ani telefonu, niczego z prywatnych rzeczy. Telewizor nastawiony był na CNN. Kiedy wstał (za pierwszym razem zakręciło mu się w głowie) i podszedł do okna, zobaczył tylko palmy, biały piasek, palmy i wielki parking z kilkunastoma samochodami o karoseriach wręcz oślepiających w tym słońcu. Ale niebo, ten kolor… Morze Śródziemne przeglądało się w nim. W klinice pachniało po europejsku, klimatyzacja utrzymywała upał na zewnątrz. Wyszedł na korytarz, lecz zapędzono go z powrotem.
– Muszę zadzwonić – mówił doktorowi Nadze, wysokiemu młodzieńcowi o miedzianej cerze.
– Musi pan wypoczywać – odpowiadał mu lekarz. -Odzyskać siły.
– Chcę się wypisać!
– Jutro.
Drugiego dnia przyszli Voestleven i de la Croix.
– Nie w Wiedniu?
– Zaraz lecimy – powiedziała Voestleven i stało się jasne, że Daniel w żaden sposób nie przynależy już do zespołu.
Ponieważ teolog zajął jedyne krzeszło w pokoju (zatrzeszczało pod nim), Voestleven stała nad łóżkiem, z założonymi na piersi rękoma. Patrzyła z góry, więc wcale nie
wyglądało to na gest obronny. Była w eleganckim białym kostiumie; pierwszy raz widział ją w spódnicy.
– Zatem – co? – spytał. – W Mutawasze klapa? De la Croix złapał go za ramię.
– Opowiedz nam.
– Co?
– Przecież widzieliśmy.
– Co widzieliście?
– Rozmawiałeś.
– Hę?
– Rozmawiałeś z Nim.
Reding uniósł wzrok na Voestleven.
Przekrzywiła głowę.
– Nie pamiętasz?
– O co tu chodzi? – żachnął się. – Nie nagrało się? Nie odpowiedzieli.
– Nie macie nagrania! – parsknął Daniel. – No ładnie.
– Zapewniono nas – powiedziała Voestleven głosem wypranym z wszelkich emocji – że wszystko przebiegło pomyślnie, nie nastąpiły żadne zakłócenia transmisji i zapis jest bezbłędny.
– Ale kopii ci nie dali – skwitował Reding.
– Nikt nie twierdził, że dadzą.
– Ty też na to nie liczyłeś? – Daniel zwrócił się do teologa.
Szwajcar nawet nie zamrugał.
– Opowiedz. Reding rozłożył ręce.
– Przykro mi. Wyciemnienie.
– Nie wierzę ci.
– Tym bardziej mi przykro.
Rozmawiali już kwestiami z oper mydlanych, zero szansy porozumienia.
– Reding…
– A puść-żesz mnie!
Voestleven przypatrywała się Danielowi, jakby mierząc każdy grymas jego twarzy.
– Może wydaje ci się, że jesteś największym cwaniakiem na Ziemi…
Pochwycił jej spojrzenie i zrozumiał. Zaśmiał się.
– Ty uważasz, że ja to wszystko zrobiłem z premedytacją, żeby podpaść pod opis i wyciągnąć forsę!
Najwyraźniej tak uważała. Nie bardzo się przejął. Cóż znaczy jej gniew i pogarda dla człowieka, który przeżył własną śmierć?
– Po co w ogóle tu przyszłaś?
Wyjęła z torebki i rzuciła mu jego telefon.
– Masz tu opłaconą opiekę do końca tygodnia. Potem rób, co chcesz, ale pamiętaj o zobowiązaniach, jakie podpisałeś.
– Nie bój się, nie zapomnę.
Skinęła głową i wyszła.
De la Croix przysunął się do łóżka razem z krzesłem.
– Widziałem z drzwi szpitala – szepnął. – Nawet jeśli zrobiłeś to celowo, i tak przecież wbrew Jego woli nic by się nie stało. Pomóż mi zrozumieć. Nie wiem, ile pamiętasz, ale… Cokolwiek.
Daniel pokręcił głową.