Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Znaczy Kapitan - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Znaczy Kapitan

Электронная книга - «Znaczy Kapitan». Краткое содержание книги:

В книге Znaczy Kapitan говорится не о чем-то, далеким от жизни, о чем-то выдуманном, чего никогда не имело места. Она не является и хронологией фактических событий; их последовательность и сопутствующие им второстепенные обстоятельства могли быть несколько иными. Но все, написанное в книге, основывается на правдивых событиях. Книга рассказывает о неизменных ценностях, которые были, есть и будут - подобно морю, которое существовало, существует и будет существовать до скончания веков.
Книга получила ряд премий - литературную им. М. Запуского, премию читателей журнале Morze и др. - как наилучший морской роман двадцатилетия Польской Народной Республики. 
1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 135
Перейти на страницу:

Była godzina dziesiąta wieczorem. Postanowiliśmy ra­tować sytuację. - Czy możecie dać nam dwadzieścia sa­mochodów? - zapytaliśmy. - Za pół godziny wszyscy uczniowie będą na sali!

„Sztab” myślał, że żartujemy, ale ponowiliśmy prośbę o samochody. Po paru minutach dzwonek alarmowy na „Darze” postawił załogę na nogi. Ogłoszono: - Za pięt­naście minut wszyscy wolni od służby mają stanąć na zbiórce, ogoleni, w tropikalnych mundurach. Można po sobie nie sprzątać.

O pół do jedenastej „kadeci” wkroczyli w kolumnie czwórkowej na salę. Brawom nie było końca. Chłopcy wzbudzili podziw swą dyscypliną, szybkością wykonania rozkazów i wyglądem. Był to chyba najpopularniejszy wyczyn „nawigacyjny” w ich życiu.

Wszystkie dzienniki Mayagiiez codziennie wypełniały nasze fotografie. Oglądaliśmy siebie na wycieczkach; w miejscu, gdzie wylądował Kolumb; na trybunie, przyjmujących defiladę korporacji studenckich; w Rotary Club i w Lion Club; na plantacjach avocado; w rafinerii trzciny cukrowej. Byliśmy stale obdarowywani. Córka mera za­opatrzyła każdego z nas w dwanaście najlepszych gatun­ków likierów. Zaczęliśmy zatracać poczucie rzeczywistości. Nie wiedzieliśmy już, jak się za to wszystko odwdzięczyć. Zostaliśmy ogołoceni ze wszystkiego, co się nadawało na pamiątki. Co tylko było z Polski i mogło spełniać rolę „suwenirów” - znikło z kabin.

* * *

Ostatecznie kajutkompanii nadano, obywatelstwo honoro­we miasta Mayaguez. Stolica wyspy - San Juan - ki­piała zazdrością. W domu mera ze śmiechem opowiadano sobie, co na ten temat mówią w San Juan. Największa zagadką dla wszystkich było, dlaczego nie zawinęliśmy do San Juan, lecz do nie znanego nikomu Mayaguez?

Ale ostatecznie San Juan nie wytrzymało i zażądało przyjazdu komendanta „Daru Pomorza” do stolicy. Zja­wił się pułkownik, by zabrać naszego „kapitana Blooda”. Do San Juan mieli jechać samochodem, wrócić natomiast samolotem, by komendant mógł jeszcze zdążyć na przyję­cie dla prasy, które organizowaliśmy na statku po zachodzie słońca.

Samolot należał do tych środków lokomocji, jakich nasz „kapitan Blood” starał się unikać. Kiedyś musiał lecieć z Gdyni do Warszawy z żoną i córeczką Krysią. Gdy dolatywali do Warszawy, Kot zobaczył przez okno samo­lotu, że cały płat skrzydła pękł i za chwilę się oderwie. Przejęty grozą skamieniał i czekał w milczeniu, kiedy ru­ną na ziemię. Męczył się sam. Wolał, by żona i córeczka o niczym nie wiedziały. Milczał.

Kiedy wylądowali szczęśliwie na lotnisku, Kot poszedł obejrzeć pęknięte skrzydło i wówczas dopiero dowiedział się, co to są lotki. Przysiągł sobie jednak, że nigdy więcej samolotem nie poleci. Niestety, obecnie sytuacja wygląda­ła beznadziejnie i nikt nie miał wątpliwości, że Kot będzie musiał wracać samolotem.

Naturalnie musiał z Kotem jechać Diadia. Dla nas wszystkich ze Szkoły Morskiej Diadia uosabiał postać, która BYŁA, JEST I BĘDZIE. Diadia zrobił ongiś w swym życiu stuletni krok wstecz, przechodząc z okrętu podwodnego na stary żaglowiec. Diadia był tym, który na zakupionym w lecie 1920 roku statku szkolnym „Lwów” wysłał w eter pierwszy jego sygnał - PBAL. Diadia z powietrza łapał wiadomości o mających przyjść wiatrach i ich sile. Musiał znać wiele języków, by zrozu­mieć wszystkie nadawane ostrzeżenia. Diadia na statkach szkolnych pracował na muzealnych niekiedy aparatach, budząc podziw w portach zagranicznych ich doskonałym stanem używalności. Diadia miał wspaniałą pamięć - pamiętał wszystko i wszystkich. Gdy przyszliśmy po raz pierwszy na „Lwów”, Diadia był dla nas wilkiem mor­skim o atletycznej budowie. U Diadi musiało być wszyst­ko zrobione na czas i dokładnie. Z przełożonego stał się naszym kolegą. Teraz, gdy wchodził do salonu, stawał służbiście na baczność i salutował, lecz gdy nikogo nie było w pobliżu, rozpoczynał swe „zapotrzebowanie” w formie zupełnie bezpośredniej: - Kot, gdzie są części do logu? Zamówiłeś? Gdzie są cewki, o które prosiłem? Za­mówiłeś?

Diadia nie przewidywał uchybień od terminów.

Na samą wzmiankę o leceniu samolotem Kot od razu zawołał:

- Diadia, lecimy! I zabieramy „drugiego”!

„Drugi” - to jest mąż Lu-lu - z powodu swego egzo­tycznego małżeństwa uchodził w oczach Kota nieomal za tubylca Zachodnich Indii.

Po odjeździe Kota ze świtą do San Juan cały dzień zbiegł nam jak zwykle na zwiedzaniu wyspy. Byliśmy już z powrotem na statku, gdy samochód przywiózł z lotni­ska „kapitana Blooda” i jego adiutantów. Relację o wszystkim co było, zaczai oczywiście nasz „drugi”, który miał niepowszedni dar opowiadania, wzmocniony obrazo­wą gestykulacją i niezrównaną mimiką. Stojąc w kajutkompanii odtwarzał wszystkie szczegóły triumfalnego wjazdu do San Juan. Opisywał wspaniały wygląd komen­danta przyjmującego defiladę garnizonu San Juan: pie­choty, czołgów, samolotów. Opowiadał, jak komendant ani drgnął i ze spiżową twarzą - „o, taką!" - groźnie lustrował każdy guzik mundurów maszerujących oddzia­łów. Palcami wyczarowywał na stole defilujące kompanie i toczące się czołgi. Przyciągał brodę do szyi, demonstru­jąc marsowy wyraz twarzy komendanta lepiej, niż to robił on sam. Imitował lecące samoloty: rozpostarte na płask dłonie furczały „Whiiiii!". Przed naszymi oczami leciały eskadry, jedna za drugą. Na końcu defilowała kawaleria na wspaniałych koniach. Wreszcie galowe przyjęcie w pa­łacu gubernatora Puerto Rico. Generałowie, konsulowie... W głowach nam się mąciło, słuchając tego wszystkiego.

- Jutro przyślą dzienniki i fotografie. Zblednie nasze Mayagiiez, pęknie z zazdrości na widok przyjęcia, jakie zgotowało nam San Juan.

„Drugi" tak świetnie opowiadał, ,że nie dał przyjść do słowa Kotowi. Nawet Diadia siedział oczarowany i zasłu­chany, przeżywając widocznie po raz drugi wielki dzień. Pod wrażeniem opowiadania Kot przekształcił się w na­szych oczach w rzeczywistego kapitana Blooda. W mo­mencie zaś, gdy „drugi" opowiadał, z jaką swobodą Kot rozmawiał z generałami, orzekliśmy, że będziemy nazywa­li go KONSTANTYM WIELKIM.

1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 135
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)