Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Radio Darwina [Darwin's Radio - pl]
Radio Darwina [Darwin's Radio - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Radio Darwina [Darwin's Radio - pl]

Электронная книга - «Radio Darwina [Darwin's Radio - pl]». Краткое содержание книги:

Wyklęty paleontolog Mitch Rafelson odkrywa w Alpach w spoczywające od dziesiątków tysięcy lat w nieznanej jaskini ciała rodziny neandertalczyków. Biolog molekularna Kaye Lang uważa, że w DNA człowieka, niby śpiący rycerze z legend, skrywają się pradawne choroby, które miliony lat czekają tylko na wezwanie, aby móc znowu zarażać i zabijać.
I w bardzo niedalekiej przyszłości, budzą się demony, z naszego genomu wyłania wirus, którego nazwa przypomina imię indyjskiego boga śmierci, Śiwy. Ludzkości zagraża zagłada, gdyż wirus powoduje poronienia u wszystkich zarażonych kobiet. Władze podejmują radykalne środki, dochodzi do zamieszek, prześladowań kobiet. Nieliczni, w tym Lang i Rafelson, w zagrożeniu widzą nadzieję, w chorobie, bólu, przemocy dostrzegają bóle porodowe ludzkości, które poprzedzają ogromny skok ewolucyjny, przyjście na świat nowego człowieka. Prześladowani i potępiani, ścigają się z czasem, aby rozwiązać największą zagadkę w dziejach rodu ludzkiego i powstrzymać oszalały świat.
Arcydzieło wysoko naukowej fantastyki autorstwa zdobywcy nagrody Nebula, według wielu krytyków najlepsza książka SF w USA w roku 1999. Prawdziwy, przedstawiony z ogromnym rozmachem i wnikliwością obraz nauki i nas, ludzi, postawio-nych przed obliczem być może największego zagrożenia w jej dziejach.
1 ... 110 111 112 113 114 115 116 117 118 ... 131
Перейти на страницу:

— Dobry wieczór — powiedział. Przestał się krzywić, jego twarz stała się nagle obojętna. — Cześć, Kaye, Mitch. Wasze telefony nie działają.

Funkcjonariusze patrzyli na Jurgensona i Clarka, nie wiedząc, co robić. Pistolety były zwrócone w żwir podjazdu. Wendell Packer i Maria Konig wysiedli z samochodu i podeszli do Mitcha i Kaye.

— Wszystko w porządku — powiedział Packer do czterech mężczyzn, ustawionych teraz w obronny kwadrat. Podniósł ręce, pokazując, że są puste. — Przywieźliśmy przyjaciół, aby pomogli w przeprowadzce. Dobrze?

— Mitch ma migrenę! — Zawołała Kaye. Mitch próbował odtrącić jej ręce, stać samodzielnie, ale nogi zbytnio mu dygotały.

— Biedne dziecko — powiedziała Maria, omijając półkolem funkcjonariuszy. — Wszystko w porządku! — Zawołała do nich.

— Jesteśmy z Uniwersytetu Stanu Waszyngton.

— A my z Pięciu Plemion — dodał Jack. — To nasi przyjaciele. Pomagamy im w przeprowadzce. — Ludzie na furgonetkach pokazywali ręce, ale uśmiechali się jak wilki, jak wojownicy.

Clark poklepał Jurgensona po ramieniu.

— Nie róbmy afery na pierwsze strony gazet — powiedział. Jurgenson przyznał mu rację kiwnięciem głowy. Clark poszedł do karetki, a Jurgenson dołączył do funkcjonariuszy w caprice. Bez dalszych rozkazów oba samochody cofnęły się, skręciły i kiwając się, odjechały w mrok długim żwirowym podjazdem.

Jack podszedł z dłońmi w kieszeniach dżinsów i wielkim, zaraźliwym uśmiechem.

— To ci zabawa — stwierdził.

Wendell i Kaye pomogli Mitchowi usiąść na ziemi.

— Poradzę sobie — powiedział, trzymając głowę w rękach. — Nie mogłem nic zrobić. Jezu, nic nie mogłem zrobić.

— Już wszystko dobrze — odparła Maria.

Kaye klęczała przy Mitchu. Przycisnęła policzek do jego czoła.

— Zabierzemy cię do środka. — Wspólnie z Marią pomogły mu wstać i prawie wniosły go do domu.

— Dowiedzieliśmy się od Olivera w Nowym Jorku — wyjaśnił Wendell. — Christopher Dicken zadzwonił do niego i powiedział, że nadciąga coś paskudnego. Mówił, że nie odpowiadasz na jego telefony.

— Było to późnym popołudniem — dodała Maria.

— Maria zadzwoniła do Sue — ciągnął Wendell. — Sue do Jacka.

— Jack był w Seattle. Nikt nie mógł się z tobą połączyć.

— Byłem na spotkaniu w kasynie Lummi — wyjaśnił Jack. Pomachał mężczyznom w półciężarówkach. — Rozmawialiśmy o nowych grach i maszynach. Chętnie zaofiarowali, że tu przyjadą. Dobrze zrobili, jak sądzę. Powinniśmy zaraz pojechać do Kumash.

— Jestem gotów — powiedział Mitch. Wszedł po schodkach o własnych siłach, odwrócił się i wyciągnął ręce, patrząc na nich. — Mogę to zrobić. Poczuję się lepiej.

— Nie mogą cię tam tknąć — stwierdził Jack. Patrzył na podjazd błyszczącymi oczyma. — Zamierzają pozbawić Indian wszystkiego. Przeklęte dranie.

84

Hrabstwo Kumash, wschodnia część stanu Waszyngton
Maj

Mitch stał na wierzchołku niskiego kredowego pagórka, u podnóża którego zbudowano Kasyno i Ośrodek Wypoczynkowy „Dziki Orzeł”. Odchylił kapelusz do tyłu i mrużył oczy w jaskrawym słońcu. O dziewiątej rano powietrze było nieruchome i już ciepłe. W normalnych czasach kasyno, jarmarczna buda w kolorach czerwieni, złota i bieli, widoczna na tle wyblakłych odcieni barwy ziemi południowo-wschodniej części stanu Waszyngton, zatrudniało czterysta osób, w tym trzysta z Pięciu Plemion.

Za brak współpracy z Markiem Augustine’em rezerwat objęto kwarantanną. Trzy samochody patrolowe urzędu szeryfa hrabstwa Kumash parkowały na drodze dojazdowej z autostrady. Stanowiły wsparcie dla szeryfów federalnych, będących siłą zbrojną doradcy do spraw zagrożenia zdrowotnego z ramienia Kryzysowego Zespołu Specjalnego, który zajmował się całym rezerwatem Pięciu Plemion.

Od przeszło trzech tygodni w kasynie nie było wcale ruchu. Parking stał niemal pusty, wygaszono światła na tablicach.

Mitch pogrzebał butem w mocno ubitym pyle. Zostawił niewielką, wyposażoną w klimatyzację przyczepę kempingową i wspiął się na wzgórze, aby pobyć samemu i trochę pomyśleć, dlatego na widok Jacka wspinającego się powoli tą samą ścieżką poczuł lekką niechęć. Nie ruszył się jednak z miejsca.

Ani Mitch, ani Jack nie wiedzieli, czy jest im przeznaczone polubić się nawzajem. Przy każdym ich spotkaniu Jack zadawał różne pytania, jakby rzucał wyzwanie, a Mitch udzielał różnych odpowiedzi, które nigdy do końca nie zadowalały Indianina.

Mitch ukucnął i wziął okrągły kamień pokryty zaschłym błotem. Jack pokonał ostatnie kilka jardów i wszedł na wierzchołek wzgórza.

— Cześć — powiedział.

Mitch kiwnął głową.

— Widzę, że też to masz. — Jack podrapał się palcem w policzek. Skóra na jego twarzy wyglądała jak maska Lone Rangera czy Zorro, odchodząca na krawędziach, lecz grubiejąca wokół oczu. Obaj zdawali się patrzeć przez grubą warstwę gliny. — Nie zejdzie bez okaleczenia skóry.

— Nie należy jej odrywać — powiedział Mitch.

— Kiedy zaczęła ci się robić?

— Trzy noce temu.

Jack przykucnął obok Mitcha.

— Czasami się wściekam. Myślę, że Sue mogłaby lepiej to zaplanować.

Mitch się uśmiechnął.

— Co, zajście w ciążę?

— No — potwierdził Jack. — Kasyno jest puste. Tracimy pieniądze. Pozwoliłem odejść wielu naszym ludziom, a inni z zewnątrz nie mogą przyjeżdżać tu do pracy. Nie najlepiej jest też ze mną.

— Znowu dotknął maski, potem spojrzał na swój palec. — Jeden z naszych młodych ojców próbował zetrzeć ją piaskiem. Jest teraz w lecznicy. Powiedziałem mu, że głupio zrobił.

— Nic teraz nie jest łatwe — powiedział Mitch.

— Mógłbyś czasami przychodzić na zebrania rady nadzorczej.

— Jestem wdzięczny, Jack, że mogę tu być. Nie chcę drażnić ludzi.

— Sue uważa, że może nie będą źli, jeśli się z tobą spotkają.

— Całkiem miły z ciebie facet.

— Tak właśnie powiedziała przeszło rok temu.

— Mówi, że skoro ja się nie gniewam, to i inni nie będą. Może to i racja. Choć jest tu stara kobieta z plemienia Cayuse, Becky. Wygnali ją z Colville i przyjechała do nas. Jest miłą babcią, ale uważa, że jej obowiązkiem jest sprzeciwiać się wszystkiemu, za czym będą plemiona. Mogłaby, no wiesz, gapić się na ciebie, trochę cię szturchać. — Jack zrobił zrzędliwą minę i dźgnął powietrze sztywno wyprostowanym palcem.

Rzadko bywał tak gadatliwy, a nigdy nie mówił o sprawach poruszanych na radzie.

Mitch roześmiał się.

— Według ciebie zanosi się na kłopoty?

Jack wzruszył ramionami.

— Chcemy wkrótce zwołać zebranie ojców. Tylko ojców. Nie takie jak te kursy szkoły rodzenia wraz z kobietami. Są krępujące dla mężczyzn. Przyjdziesz wieczorem?

Mitch kiwnął głową.

— Pierwszy raz mam tę skórę. Będzie ciężko. Niektórzy nowi ojcowie oglądają telewizję i pytają, kiedy będą mogli wrócić do pracy, a potem obwiniają kobiety.

Mitch wiedział, że oprócz niego i Kaye w rezerwacie są jeszcze trzy inne pary spodziewające się dzieci SHEVY. Spośród trzech tysięcy siedemdziesięciu dwóch mieszkających w rezerwacie osób należących do Pięciu Plemion narodziło się sześcioro takich dzieci. Wszystkie przyszły na świat martwe.

1 ... 110 111 112 113 114 115 116 117 118 ... 131
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)