Czas wodnika
- Автор: Яблонский Мирослав
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Czas wodnika». Краткое содержание книги:
Bosman, zwalisty Sinijczyk, spojrzał jednym okiem na pulpity i widząc, że wszystko jest w najlepszym porządku, skierował pytający wzrok na nowego dowódcę.
– Wszystko gra, szefie – powiedział wreszcie z wyrzutem.
Nie rozumiał, dlaczego Lindsay oderwał go od nadzorowania załadunku.
– Gra?! – wrzasnął Burt. – Ty nazywasz graniem ten somnambuliczny taniec pijanych wskazówek? Te filujące światełka i martwe ekrany?
Lindsay miotał się po sterowni, jakby sam miał napad szału, o który posądzał otaczające go mechanizmy. Żeby przygwoździć beztroskiego wciąż Sinijczyka, zapytał słodko:
– Jeżeli wszystko gra, jak twierdzisz, to powiedz mi. kochany, jaki też mamy strumień neutronów?
Bosman spojrzał na zegar, który tym się od innych różnił, że jego pogięta wskazówka była w połowie złamana, i odparł spokojnie:
– Zero jeden, szefie.
Widząc zdumiony wzrok kapitana wyjaśnił spokojnie:
– Trzeba odczyt wziąć o grubość palca w lewo.
I najspokojniej w świecie zademonstrował to przed struchlałym ze strachu i podziwu Lindsayem przykładając swój gruby i brudny kciuk do szybki
– O tak
– O tak! – wrzasnął znowu Burt i wyrżnął pięścią w pulpit
Od wstrząsu kilkadziesiąt światełek migających do tej pory beznadziejnie zgasło bezpowrotnie, ale za to rozbłysnął bielą jeden z nieczynnych ekranów
Bosman uznał swoją misję zaznajamiania dowódcy ze statkiem za skończoną i skierował się do drzwi
– Niech szef sobie zapamięta ze te wskaźniki co zgasły, informowały o szczelności grodzi na statku Trzeba założyć, ze wszystkie przegrody były w porządku.
Lindsay osunął się na fotel
– Jak się nazywasz? – zapytał
– To nieważne – roześmiał się bosman – i tak pan tego nie wymówi Na statku wołają na mnie Gogo.
– A więc dam ci pierwsze zadanie, Gogo: Zjeżdżaj!
– Tak jest szefie. Ale jeszcze jedna rzecz jest do załatwienia. Załoga prosi żeby pan nie brał w ten rejs Seksbomby.
Jakiej Seksbomby?-poderwał się Lindsay -Mamy jakąś babę na pokładzie?
– Nic Zresztą sam pan zobaczy Tylko niech pan potem pamięta, ze myśmy ostrzegali.
Gogo wyszedł Burt siedział chwilę bez ruchu Nawet nie był już wściekły ani przestraszony Sam był sobie winien Nikt nie przejmował się, czy Conscllcr wróci z jeszcze jednego rejsu, czy nic Statek był na pewno ubezpieczony ładunek tez, więc w razie czego Lloyd zapłaci. I tylko długów Lmdsaya nie będzie komu uregulować Burt uśmiechnął się niewesoło powoli oswajał się z myślą iż przyszło mu dowodzić statkiem, w którym na odczyty najważniejszych nawet wskaźników należy brać oryginalną poprawkę szerokości jednego ("brudnego" dodawał w myśli) palca bosmana Gogo
Wydawało mu się, ze już nic gorszego nie może go na tym gracie spotkać, gdy nagle poderwał się jak ukłuty szydłem
– Załoga – przeleciało mu przez skołataną głowę – Jeżeli mam taki statek, to jakaż może być na nim załoga?
Postanowił to sprawdzić od razu Wyszedł na korytarz i starając się nie patrzeć na zżerane rdzą ściany pokładu gdzieniegdzie tylko zasmarowane grubą warstwą znaczonej powietrznymi pęcherzami farby, zmierzał do mesy. Mimo tego jednak, że ograniczał jak mógł pole widzenia, to i tak obraz nędzy i rozpaczy docierał do jego umęczonych widokami dnia dzisiejszego oczu. W niektórych miejscach farba była położona tak grubo, tak nachalnie, iż zdawało się, że jest jedynym spoiwem łączącym pancerne płyty segmentów.
Burt postanowił zignorować te widoki, chociaż jednocześnie przemyśliwał nad tym, jak by tu wywiesić żółtą flagę i dać nogę. Dotarł do mesy. Jazgot, jaki się z niej dobywał, przywodził na myśl ostatni najazd Selurańczyków i masakrę na Riox. To było jednak trzy wieki temu, wtedy gdy zbudowano ten przeklęty statek, i Lindsay, trwając w przeświadczeniu, że duchy nic złego mu nie uczynią, wszedł do środka. Wewnątrz zastał kilkunastu kłócących się mężczyzn. Właściwie nie sprzeczali się ze sobą. Otoczyli sporym kołem coś – lub kogoś – i wrzeszczeli z upodobaniem.
– Cisza! – ryknął Lindsay. – Co się tu dzieje?
Ludzie w przepoconych podkoszulkach i zatłuszczonych smarami spodniach rozstąpili się i Burtowi żołądek podjechał do gardła. Już wiedział, kto to jest Seksbomba. Pośrodku kręgu stał garbus z jedną nogą w ortopedycznym bucie.
O, Boże, Boże! – zatkało coś w Lindsayu. – To już tacy latają w kosmos?
– Co tu się dzieje? – powtórzył ciszej i z rezygnacją..
Garbus, przesuwając ciężki but po podłodze, podszedł do Burta i wymachując jakimś papierem, zaskrzeczał:
– Ty też nie chcesz mnie wziąć, skurwysynu? Mam kontrakt. Podpisałem i polecę.
– My się nie zgadzamy – powiedział jakiś ponury chudzielec stojący w kącie. – On przynosi pecha!
Chudy mężczyzna był bardzo wysoki, blady i zdecydowany. Wręcz dostojny. Twarz okalała mu rzadka czarna broda.
Wygląda na przywódcę mormonów – pomyślał Lindsay.
– Pecha? Pecha? – zaperzył się Seksbomba. – Kłamiesz, psi synu!
– Ja kłamię? – Chudy w oskarżycielskim geście wyciągnął długie ramię w stronę kuternogi. Popatrywał przy tym na Lindsaya, jakby chcąc sprawdzić, jakie na nim to robi wrażenie. – Każdy statek, na którym latałeś, ponosił jakąś szkodę. Widniejesz w każdym roczniku Lloyd jako zaginiony. Statki przepadały bez wieści, a ty wracałeś! Jak? Na piechotę, kulasie? To nieczysta sprawa.
– Nieczysta? – zaperzył się garbus. – Jeśli coś źle się działo, to dlatego, że nikt nigdy nie chciał słuchać moich rad.
– A jakież ty możesz dawać rady? – zainteresował się Burt.
– Wszelkie. – Seksbomba usiłował wyprostować się z godnością. – Mam stopień nawigatora. Nawigator Connan Erret, do usług.
Potem garbus oklapł w sobie i dodał cicho:
– …a latam za zwykłego ciurę.
Zapadła cisza. Lindsay nie bardzo wiedział, co powiedzieć.
– Daj ten kontrakt – wykrztusił wreszcie.
Kwit był niemożliwie brudny i zmięty, ale autentyczny. Burt zresztą nie wątpił w to. Wiedział, że Kompania Wschodniogalaktyczna przyjmie każdego.
Oddał dokument Erretowi.
– Nie mogę go nie przyjąć – powiedział do reszty obecnych i wymknął się z mesy.
Przez najbliższe dni przygotowania do startu biegły normalnie. Lindsay pienił się ze złości w sterowni, pienił się na rampie, w gabinecie przedstawiciela Kompanii w porcie Nowa Proxima, i w wielu innych jeszcze miejscach. Nie zmieniło to faktu, że stan techniczny statku pozostał nie zmieniony, za to jego zdolność do lotu pogarszała się z każdą toną yrru wrzucaną do ładowni.
W końcu Burt doszedł już do tego stanu ducha, że przestało to robić na nim wrażenie. Bez słowa podpisywał wszystkie papiery, które podsuwał mu skwapliwie usłużny pracownik Kompanii i prawie z utęsknieniem myślał o starcie. Bez względu na wynik tego manewru był to moment jego wyzwolenia. Nie wiedział, co jest w podpisywanych przez niego dokumentach, i nie chciał wiedzieć, nawet gdyby podpisał przez pomyłkę cyrograf. Obecna chwila miała jedną jedyną zaletę – na terenie kosmoportu był nieosiągalny dla wierzycieli, których -jak doszły go słuchy -ściągnęło sporo na Proximę. Dlatego nie opuszczał prawie statku, spał na nim i stołował się. Strzeżony teren lądowiska był jedynym bezpiecznym skrawkiem lądu w całym wszechświecie.
Lindsay potrafił docenić ten luksus i w końcu niemal polubił Consellera i pogodził się z myślą, że stanie się on najpewniej jego grobem. Mimo to walczył nadal, wydzierając z przepastnych magazynów Kompanii różne części zamienne, lampki, druty, rurki i podzespoły elektroniczne. Wpuszczony do magazynu kradł wszystko, co mu wpadło w rękę, me wiedząc, jaki drobiazg może mu uratować życie. Załoga robiła to sarno. Pod koniec tak się rozzuchwalili, że planowali porwanie zapasowego generatora, ale w ostatniej chwili buchnął go ktoś inny. Lindsay musiał zadowolić się skrzynką łożysk, która spadła z przejeżdżającego obok Consellera transportowca.