Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]
- Автор: Кларк Артур Чарльз
- Год: 1993
- Язык: польский
- Переводчик: Zbigniew Andrzej Krolicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]». Краткое содержание книги:
Zwierzchnicy — bo tak zostają nazwani przybysze — przejmują całkowitą kontrolę nad światem, narzucając mu własny porządek. Nie używają przy tym siły — środek perswazji stanowi regularna manifestacja przytłaczającej potęgi technologicznej. W krótkim czasie Ziemia wkracza na drogę pokoju, dobrobytu i ogólnego szczęścia. Nie eliminuje to jednak podstawowych pytań, jakie zadaje sobie ludzkość: kim są Obcy? Skąd i po co przybyli? Kto lub co nimi kieruje? Jakie są ich zamiary wobec Ziemi i jej mieszkańców? I dlaczego cały czas pozostają w ukryciu?
— Może ma pan rację — odparł stary Walijczyk. — Może Zwierzchnicy działają ze szlachetnych pobudek, zgodnie ze swoimi normami moralnymi, które być może, są podobne do naszych. Są tu jednak intruzami: nigdy nie prosiliśmy, aby przybyli i wywrócili świat do góry nogami, niszcząc ideały, właśnie tak, ideały o które walczyły całe pokolenia.
— Urodziłem się jako członek niewielkiego narodu, który musiał walczyć o swoją wolność — odparował Stormgren. — Jednak popieram Karellena. Możecie go denerwować, możecie nawet odwlec realizację jego celów, ale w ostatecznym rozrachunku nie ma to znaczenia. Nie wątpię, że szczerze wierzycie w to, co robicie. Potrafię zrozumieć wasze obawy o to, że kultura i tradycje małych krajów rozpłyną się w tyglu zjednoczonego świata. Mylicie się; kurczowe trzymanie się przeszłości, prowadzi donikąd. Historyczne państwo jako takie umierało, zanim jeszcze przybyli Zwierzchnicy. Oni tylko przyspieszyli koniec; ten proces nie da się zatrzymać i nikt nie powinien tego nawet próbować.
Nie doczekał się odpowiedzi; rozmówca nie poruszył się i nic nie powiedział. Siedział z lekko rozchylonymi ustami, a jego oczy były teraz nie tylko ślepe, ale i pozbawione życia. Pozostali byli równie nieruchomi i zastygli w nienaturalnie sztywnych pozach. Ze zduszonym jękiem przerażenia Stormgren wstał i ruszył do drzwi. I wtedy w ciszy przemówił znajomy głos:
— To było ładnie powiedziane, Rikki, dziękuję panu. A teraz myślę, że możemy już iść.
Stormgren obrócił się na pięcie i wbił wzrok w mrok korytarza. Na poziomie oczu zobaczył unoszącą się w powietrzu małą, niewyraźną kulę: bez wątpienia źródło tajemniczej siły, którą zastosowali Zwierzchnicy. Stormgren nie miał pewności, lecz wydawało mu się, że słyszy cichutkie brzęczenie przypominające pszczeli ul w letni, senny dzień.
— Karellen! Dzięki Bogu! Ale co im pan zrobił?
— Proszę się nie martwić, nic im nie jest. Można by to nazwać paraliżem, ale to nieco bardziej skomplikowane zjawisko. Po prostu żyją życiem tysiąc razy wolniejszym niż normalnie. Kiedy stąd odejdziemy, nigdy nie domyśla się, co ich spotkało.
— Zostawi ich pan tutaj do przybycia policji?
— Ależ skąd! Mam lepszy plan. Pozwolę im odejść.
Stormgren poczuł głęboką ulgę, która jego samego zaskoczyła. Obrzucił pożegnalnym spojrzeniem mały pokój i zastygłe w nim postacie. Joe stał na jednej nodze, gapiąc się głupawo w pustkę. Stormgren roześmiał się nagle i zaczął szperać po kieszeniach.
— Dzięki za gościnę, Joe — rzekł. — Zostawię ci coś na pamiątkę.
Przewertował swoje papiery, aż znalazł to, czego szukał. Potem na względnie czystej kartce napisał starannie:
MANHATTAN BANK
Proszę wypłacić panu Joe’emu kwotę stu trzydziestu pięciu dolarów i pięćdziesięciu centów ($ 135,50).