Żony Ze Stepford
- Автор: Левин Айра
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Żony Ze Stepford». Краткое содержание книги:
Idealne żony ze Stepford: piękne, posłuszne, zadbane, niewymagające. Mężczyźni ze Stepford chcą mieć właśnie takie żony. Trudno sobie wyobrazić, jak daleko mogą się posunąć, aby dostosować rzeczywistość do swoich wymagań…
Starała się nie okazywać zniecierpliwienia, powinna być raczej zadowolona, że mieszka w miasteczku, gdzie policjant ma czas na to, by się zatrzymać i porozmawiać chwilę. W końcu uśmiechnął się i powiedział:
– Chyba lepiej będzie, jeśli pozwolę pani dokończyć pracę. Dobranoc.
– Dobranoc – odpowiedziała uśmiechając się.
Odjechali powoli. Szary kot przebiegł przed światłami reflektorów.
Przez chwilę parzyła za samochodem, a potem odwróciła się, by zajrzeć przez wizjer i tak manipulowała, aż uzyskała dobre ujęcie budynku Stowarzyszenia Mężczyzn. Nastawiła ostrość na wysoki, kwadratowy budynek z przechyloną anteną na dachu. W dwóch górnych oknach było już ciemno, a w innych kolejno opuszczono żaluzje.
Wyprostowała się, spojrzała na budynek i odwróciła się w kierunku oddalających się światełek samochodu policyjnego.
Zameldowała przez nadajnik o jej obecności tutaj, potem zabawił ją pytaniami, podczas gdy meldunek został odebrany, a żaluzje poopuszczane.
Uspokój się, bo zaczynasz dostawać świra! Ponownie spojrzała na budynek. Nie mieliby tam przecież nadajnika. Poza tym czego mogliby się obawiać z jej strony, że co sfotografuje? Jakąś orgię? Prostytutki z miasta? Albo jeszcze lepiej – ze Stepford?
“DZIĘKI DUŻEMU OBIEKTYWOWI FOTOGRAFICZNEMU ODKRYTO SZOKUJĄCĄ TAJEMNICĘ. Wyglądało na to, że pilne gospodynie przychodzą wieczorami do Stowarzyszenia Mężczyzn na orgietfd, na czym przyłapała je fotograjka, Nancy Drew Eberhart z Fairview Lane…"
Uśmiechając się przykucnęła przy wizjerze, poprawiła ramkę i ostrość i zrobiła trzy zdjęcia pogrążonego w ciemnościach domu. Dziesięć sekund, dwanaście i czternaście. Jeszcze pocztę i wznoszący się na tle rozjaśnionych księżycem chmur pusty maszt flagowy. Właśnie wkładała statyw do samochodu, gdy ponownie nadjechał wóz policyjny, zwalniając koło niej.
– Mam nadzieję, że wszystkie dobrze wyjdą! – krzyknął młody policjant.
– Dziękuję! Miło się z panem rozmawiało! – odkrzyknęła, aby pokryć swoją wielkomiejską podejrzliwość.
– Dobranoc! – zawołał policjant.
Niespodziewanie zmarł na uremię wspornik Waltera, a rejestry zarządzanych przez niego trustów okazały się być niepokojąco niedokładne. Walter musiał zostać w mieście na dwa dni i weekend, a później rzadko kiedy wracał przed jedenastą do domu. Pete przewrócił się w autobusie szkolnym i wybił sobie dwa przednie zęby. Rodzice Joanny złożyli im krótką, trzydniową wizytę w drodze na wakacje na Karaibach. Szalenie im się spodobał domek i Stepford, a mama Joanny podziwiała Carol van Sant:
– laka pogodna i sprawna! Spróbuj się od niej nauczyć czegoś, Joanno.
Zepsuła się zmywarka do naczyń oraz pompa; nadeszły ósme urodziny Pete'a, wraz z koniecznością kupienia prezentów, urządzenia urodzinowego przyjęcia i zrobienia tortu.
Kim bolało gardło i została w domu przez trzy dni. Okres Joanny się opóźniał, ale dzięki Bogu i pigułce przyszedł.
Miała okazję grywać w tenisa i powoli wracała do wprawy, choć nadal nie mogła konkurować z Charmaine. W ciemni zrobiła próbne powiększenia Murzyna na tle odjeżdżającej taksówki, wywołała i zrobiła odbitki z Centrum. Dwie wyglądały szczególnie dobrze. Zrobiła kilka zdjęć Pete’owi, Kim i Scottowi Chamalianowi bawiącym się sprzętem gimnastycznym.
Widywała Bobbie prawie codziennie. Razem robiły zakupy, a czasem i Bobbie przywoziła do niej po szkole młodszych chłopców, Adama i Kenny'go. Raz Joanna, Bobbie i Charmaine wystroiły się i poszły na lunch z przystawkami do francuskiej restauracji w East-bridge.
W końcu października Walter znów zaczął wracać do domu na obiady, jako że sprostował i zatuszował dowody malwersacji zmarłego wspólnika. W domu wszystko szło dawnym torem i wszyscy byli zdrowi. Wykroili dziury w olbrzymiej dyni z okazji Święta Hallo-ween, Pete jako Batman bez przednich zębów chodził po sąsiadach żądając okupu, w zamian za co obiecał im nie robić psikusów, Kim zaś była Heckelem czy Jecke-lem (ale twierdziła, że jest jednym i drugim). Joanna rozdała różnym dzieciom pięćdziesiąt torebek cukierków i musiała się w końcu uciec do owoców i ciastek; w przyszłym roku lepiej się zaopatrzy.
W pierwszą sobotę listopada wydali obiad, na który zaprosili: Bobbie i Dave'a, Charmaine i Eda, a z miasta: Shepa i Sylvię Tackoverów oraz Donna Ferraulta, jednego ze współpracowników Waltera, z żoną, Lucy. Mieszkanka Stepford, którą Joanna wzięła do pomocy, była zachwycona, że dla odmiany może pracować w Stepford.
– tyle się tu kiedyś działo! – mówiła. – Całe grono kobiet walczyło o mnie! A teraz muszę jeździć do Norwood, Eastbridge i New Sharon! Nie cierpię jeździć nocą.
Była tłuściutką, zwinną kobietką o białych włosach i nazywała się Mary Migliardi.
– To przez to Stowarzyszenie Mężczyzn – powiedziała, wbijając wykałaczki w krewetki ułożone na półmisku. – Skończyły się wszelkie rozrywki, gdy tylko wszczęli działalność! Mężczyźni wychodzą, kobiety zostają! Gdyby mój staruszek jeszcze żył, musiałby mnie najpierw ukatrupić, nim przyłączyłby się do nich!
– Ale to już dość stara organizacja, prawda? – spytała Joanna, wytrząsając wodę z sałaty w wyciągniętych rękach, gdyż była już ubrana w elegancką suknię.
– Żartuje pani? – zawołała Mary. – To zupełnie coś nowego! Ma jakieś sześć, góra siedem lat. Wcześniej był i Związek Obywatelski, i Towarzystwo Ochrony Łosi, i Amerykański Związek Kombatantów – wbijała wykałaczki w krewetki z niedoścignioną prędkością – ale gdy to Stowarzyszenie rozpoczęło działalność, wszystkie organizacje się połączyły. Poza Związkiem Kombatantów; oni pozostali niezależni. A tamci mają tylko sześć, siedem lat. Czyżby tylko tyle miała pani na przystawkę?
– W lodówce jest jeszcze rolada – powiedziała Joanna. Wszedł Walter z pojemnikiem do lodu w ręce. Wyglądał bardzo szykownie w pepitowej marynarce.
– Mamy szczęście, Pete nawet nie chce zejść na dół. Wstawiłem mu do pokoju telewizor.
Otworzył zamrażarkę i wyciągnął torebkę z lodem.
– Mary twierdzi, że Stowarzyszenie Mężczyzn jest całkiem nową organizacją – powiedziała Joanna.
– Nie jest nowa – odpowiedział Walter, zrywając górę torebki. Kawałek białej chusteczki higienicznej wisiał na jego brodzie przyklejony zaschniętą kropką krwi.
– Ma sześć lub siedem lat – powiedziała Mary.
– Tam, skąd my pochodzimy, uważałoby się je za stare.
– Myślałam, że to sięga czasów Purytanów – powiedziała Joanna.
– Skąd ci to przyszło do głowy? – spytał Walter, wrzucając kostki lodu do pojemnika.
Wymieszała sałatkę: – Nie wiem. Może sprawił to ten stary budynek i jego położenie.
– To był dom Terhune'ów – powiedziała Mary, rozciągając folię na ułożone na półmisku krewetki. – Nabyli go za bezcen na licytacji, został sprzedany na pokrycie zaległych podatków, a poza tym nie było chętnych.
Przyjęcie wypadło fatalnie. Lucy Ferrault była na coś uczulona i nie przestawała kichać: Sylvia była czymś zatroskana; Bobbie, na którą Joanna przede wszystkim liczyła jako na gwiazdę w konwersacji, miała zapalenie krtani. Charmaine zrobiona na wampa była prowokująca i uwodzicielska w białej jedwabnej sukni z wcięciem aż do pępka; Dave i Shep ulegli jej czarowi i usiedli przy niej. Walter (do diabła z nim!) omawiał w kącie sprawy prywatne z Donem Ferraultem. Ed Wimperis – duży, zwalisty, w dobrze uszytym garniturze, był kompletnie zalany i mówił o telewizji; ści-skając Joannę za ramię, tłumaczył powoli i dokładnie, dlaczego kasety video wszystko zmienią. Przy obiedzie Sylvia przestała się martwić i zaczęła atakować podmiejskie społeczności, które wzbogacają się na ulgach dla przemysłu lekkiego. Ed Wimperis przewrócił kieliszek wina. Joanna próbowała zainicjować jakąś lekką dyskusję, a Bobbie dzielnie chrypiała, tłumacząc, dlaczego ma zapalenie krtani: nagrywała coś na magnetofon dla znajomego Dave'a, któremu się wydaje, że jest “cholernym Henrym Higginsem". Ale Charmaine, która go nie znała i też dla niego nagrywała, przerwała jej mówiąc: