Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Wypiłem napar i poszedłem sobie, bo trząsłem się ze złości. Nie odzywałem się do N’Gomy cały dzień, ale za to zebrałem moich tropicieli.
— Możemy się przedrzeć — zaproponował Benkej. — Nie takie rzeczy się robiło.
— W obcym terenie? Przy tych wszystkich tłumach handlujących potworów? Jak? Przebierzemy się za niedźwiedzie? — rozzłościł się Snop.
— Możemy pójść na południe, aż skończy się to miejsce, na którym handlują. Przecież to nie jest bazar ciągnący się po kraniec świata — powiedziałem.
— Na ich miejscu bym pilnował — oznajmił N’Dele. — Skoro takie są zasady, to pewnie nie bez powodu. Na tym pustkowiu będzie widać, kto odchodzi wzdłuż linii stepu zamiast z powrotem w pustynię. Pójdą za nami i tyle. Oni mają góry i lasy, a my płaskie nic aż po Amitraj. My ich nie zobaczymy, ale oni nas tak.
Następnego dnia N’Goma przywołał mnie znowu. Poszedłem, choć na jegowidok wracała złość.
— Wiesz, co to znaczy njambe, synu Oszczepnika? Przyznałem, że nie.
— „Kupiec"? „Szlachetny"? A może „cwaniak"?
— To znaczy „wujek", chłopcze. A wiesz, co powie ci wujek N’Goma?
— Że mogę za darmo wrócić do Amitraju. Prosto pod nóż, wujku.
— A dlaczego do Amitraju? Jedźcie z nami do Kebiru. To piękny świat. Stepy, puszcze, słońce. I ludzie śmieją się tam z tej waszej Pramatki.
— Nie możemy wracać ani jechać do Kebiru, N’Gomo. Nasza droga prowadzi gdzie indziej.
Odwróciłem się. Zawołał mnie znowu.
— Jest jeden sposób, Kirenenie! Sposób, żebyście przeszli za kamienie.
Podszedłem do niego.
— Jaki sposób?
— Nie musicie tego robić. Tylko jeśli taka będzie wasza wola.
— Słucham.
— Linię kamieni może przejść jedynie towar, synu Oszczepnika. Żeby ją przejść, musielibyście stać się towarem.
— Ukryci w worach z solą? W beczkach?
— Nie! — zawołał N’Goma. — Przecież uznaliby to za oszustwo! Nie mogę fałszować soli ludźmi!
— Więc jak?
— Związani. Usadzeni obok worów z solą i skór. Towar.
— Chcesz nas sprzedać w niewolę tym potworom?
— To jedyny sposób, tohimonie. Dam wam ukrytą broń, więzy założymy tak, żeby było łatwo się uwolnić. Ale jeśli chcecie przejść za skały, musicie stać się towarem.
— Muszę pomówić z ludźmi.
Kiedy słońce wstawało nad równiną, siedzieliśmy już rzędem obok beczek, worków i zwojów skór. Siedzieliśmy w milczeniu.
— Czasami żałuję, że jestem Kirenenem — westchnął Benkej.
— Wcale nie jesteś Kirenenem — sarknął NT^ele.
— Jesteście pewni, że tego chcecie? — zapytałem. — Dałem wam wybór. Zrzućcie więzy i uciekajcie stąd. Ja muszę. Wy nie. Jedźcie z N’Gomą do Kebiru!
— Wybrałem — odparł Snop — w opuszczonej chacie pod Nahilgył. Kiedy powiedziałem agiru kano. Moi ludzie też, tohimonie. Nie ma o czym gadać. Jesteśmy Kirenenami. Zdecydowaliśmy.
— Mosu kando! — potwierdził Benkej. Westchnąłem. Snop, Benkej Hebzagał i N’Dele Aligende. Kireneni.
Słońce podnosiło się coraz wyżej. Od strony gór nadchodzili ludzie-niedźwiedzie.
Rozdział 11
Włócznia Głupców
Przybywa w południe
z niszczycielem drwa ogniem.
Błyszczy z miecza
słońce bogów bitwy;
skały trzaskają,
złe duchy spadają;
mężowie wstępują na drogę śmierci,
a niebiosa pękają.