Krolowa Bona. Smok w herbie
- Автор: Auderska Halina
- Язык: польский
- Жанр: Историческая проза
Электронная книга - «Krolowa Bona. Smok w herbie». Краткое содержание книги:
Starannie wykształcona, uczennica Crisostoma Colonny i Antonia Galatea, znała utwory Wergiliusza i Cycerona, potrafiła cytować Ojców Kościoła; nieobce jej były historia, prawo, administracja i teologia.
Została wychowana na królową i bardzo chciała nią zostać!
Uroczystości koronacyjne zakończyły się i przyszło nowej pani na Wawelu rozpocząć panowanie w zupełnie obcym kraju, ze zwyczajami i temperamentami ludzi tak różnymi od italskich. A szczęście miała bella principessa ogromne, że trafił jej się Zygmunt na męża; Zygmunt - miłujący pokój i... spokój. Inny mąż, mniej powściągliwy i opanowany, pewnie by italskiego smoka presto do porządku przywołał i kto wie, może nawet kijaszkiem obił po królewskim, dostojnym siedzeniu; i właściwe miejsce wskazał... Zygmunt ze stoickim spokojem znosił słynne wybuchy gniewu, z ciskaniem przedmiotów i krzykami pełnej temperamentu królowej.
Ciężko być musiało Bonie na początku: nie znała języka swoich poddanych ani ich obyczajów; z jednym i drugim szybko (presto) sobie poradziła, opanowując język i wprowadzając nowe mody i obyczaje, własne, italskie!
W najcięższej chwili życia był sam, nie mógł zapomnieć, że matka wyjechała na Mazowsze, byle nie zobaczyć Barbary w Krakowie, że nawet w chwilach przedśmiertelnych odezwała się do niej jedynie ustami posła – skromnego franciszkanina.
Teraz może postąpiłaby inaczej... Należało przewidzieć zgon, osamotnienie, rozpacz: jedynaka i być wtedy przy nim. Być? Jakże to...? Przecież bał się jej, w Gomolinie nie spróbował wina, podejrzewając, że było zatrute. Szalony, zawzięty jak ona sama, a tak umiłowany... Zygmunt nie mylił się mówiąc z goryczą, że syn jest jej droższy niż mąż, że – w myślach zawsze tamten, tamten... Wolałaby, aby to August był zazdrosny o ojca, aby wymawiał matce, że troszczy się bardziej o małżonka niż o pierworodnego. Ale kiedy był młody, pochłaniały go festyny, turnieje, a czułość matki zastępowała namiętność kochanek. Później... Później nienawiść królowej do Barbary wykreśliła ją z jego serca i myśli. Był niewdzięczny? Tak, ale i ona była ponad miarę okrutna, mściwa... Te potwarze, paszkwile, ucieczka do Warszawy z siostrami, które stały mu się obce… Była dla niego teraz także obca, niemiła, wroga... Gdybyż wiedział że towarzyszyła myślą każdemu stąpnięciu jego zakurzonych stóp strudzonych długą wędrówką... Ale nie wiedział. Gdyby mógł zgadnąć, że po raz pierwszy w życiu powiedziała nadwornemu spowiednikowi. Że żałuje, gorzko żałuje swej zawziętości i utraty zaufania syna. Ale nie odgadł, nie wspominał o niej, ani razu nie wysłał gońca na Mazowsze. Niechby ten przybył nawet z gorzkim wyrzutem, z zapytaniem, czemu nie ma jej przedstawiciela wśród żałobników? Byłoby to jakimś znakiem pamięci... Tedy już nic, nigdy? Utraciła na zawsze względy króla, miłość najdroższego syna? O Dio, Dio! Jakże mądry był mag, kiedy mówił, że zazna szczęścia, jeśli będąc potężną, potrafi być szczęśliwą. Si. Jest znowu jedyną królową Polski, jedyną władczynią... Ale czego? Dominiów na wschodzie i mazowieckiego księstwa. Maledizione! I to ma się nazywać potęgą? Nie, mag z Bari byt głupi, głupi, głupi!
W kilka dni później królowa zeszła z Pappacodą i Mariną do piwnic jazdowskiego zamku. Mijała zamczyste kufry, okute skrzynie pełne złotych monet, czary i misy stojące rzędem na sosnowych stołach. Nagle wzrok jej padł na srebrną kołyskę.
– Bellissima – rzekła, gładząc jej rzeźbienia – a ciągle pusta. Trzeba ją będzie oczyścić, odświeżyć. A z tych srebrnych miednic... Poślij największą królewnie Annie – zwróciła się do Pappacody. – A zresztą wydaj trzy. Dla wszystkich córek.
– Teraz, miłościwa pani?
– Dziś jeszcze, przed moim wyjazdem na Litwę.
– Najjaśniejsza pani nie sądzi, że król opuścił już Wilno? – wtrąciła się Marina.
– Nie potrzebuję sądzić, czuję, że tam został – odparła wyniośle.
– I właśnie dlatego szykuj się do drogi. Wyjeżdżam już jutro. Idź powiadomić królewnę Annę. Presto, presto! Pojedzie ze mną.
Gdy została sama ze swym skarbnikiem, opadła ciężko na inkrustowane perłową macicą krzesło stojące obok kołyski.
– Spokojnie w tych podziemiach i tak cicho – westchnęła – że nie chce się wracać do zamkowych komnat, aby słuchać raportów warszawskich. Dziś, nie. Cała już jestem myślami w Wilnie, przy królu. Zaczekaj! Możesz zostać. Postarasz się dowiedzieć, czy to prawda, że Jan Radziwiłł...
– Krajczy litewski? – zgadywał Pappacodą.
– Si. Podobno młodszy brat Czarnego. Czy to prawda, że zawistnym okiem na niego spogląda?
– Może i tak – przyznał. – Nie dano mu urosnąć przy Barbarze. Jedno jest pewne: gardłuje na ucztach po dworach i na zjazdach szlacheckich przeciwko krzywdzeniu Litwinów. Chce dla nich tych samych praw i wolności, jakie ma szlachta w Koronie.
– Tylko tyle? Per Bacco! – roześmiała się nagle. – Ależ to znacznie więcej, niż mogłam pragnąć? Chce tych samych przywilejów dla litewskiej szlachty? To może znaczyć tylko jedno.
– Unię? – zgadywał Pappacodą.
– Si. Unię Litwy i Rusi z Koroną. Santa Madonna! Ten człowiek jest dla nas teraz na wagę złota.
– Śmiem przyznać, że nie widzę związku... – rzekł niepewnie.
– Bo jesteś ślepy! – zgromiła go. – Zawsze to mówiłam. Nie widzisz daleko i tylko liczysz, liczysz, liczysz...
– Dla dobra i na rozkaz miłościwej pani – bronił się Italczyk.
– E allora? Można, licząc, także myśleć. Dowiesz się, kto z litewskich wielmożów stanąłby przy Janie Radziwille? Mnie unia niepotrzebna, bo mamy dziedziczne prawa do Litwy, ale skoro brat Czarnego myśli inaczej niż tamten i unii pragnie...
– Jan nie mieszał się do walki o koronę dla Barbary i naraził się braciom – wtrącił Pappacoda.
– Tym lepiej – odparta. – Jest czystą kartą, na której ja pisać będę pod pozorem walki o uni?. Dasz mu z mojego skarbca, pod byle jakim pozorem, tysiąc czerwonych złotych.
– Aż tysiąc? – przeraził się Italczyk. – Miłościwa pani... Wiemy o nim tak mało.
– Za mało! Dlatego chcę go widzieć zaraz po przyjeździe do Wilna. Wielki krajczy litewski... Czy to tyle... co koronny?
– Mniej, najjaśniejsza pani.
Namyślała się przez chwilę, wreszcie rzekła:
– Per Bacco! Niewysoki urząd dworski dali bratu książęta Czarny i Rudy. Bene. Tedy i my damy mu tylko trzysta dukatów. Dla pana krajczego Wielkiego Księstwa powinno wystarczyć...
*
Przed samym przyjazdem królowej do Wilna obaj Radziwiłłowie, Czarny i Rudy, wprosili się na rozmowę do biskupa Zebrzydowskiego. Stary dyplomata, gracz nad gracze, przyglądał się braciom zmarłej królowej ze zjadliwym uśmiechem na ustach.
– Przyznaję – rzekł, gdy usiedli – że wprawiło mnie w zdumienie naleganie waszych książęcych mości, abym jak najrychlej, jeszcze przed powrotem do Krakowa, mówić z wami zechciał.
– To raczej prośba. Korna prośba o radę – zaczął Czarny.
– O pomoc w chwili trudnej – dodał Rudy.
– W istocie – przyznał biskup. – Dla domu Radziwiłłów mogą przyjść teraz czasy niełatwe...
– Co tam niełatwe! – wykrzyknął Mikołaj Rudy. – Żywcem nas teraz pożrą wielmoże i szaraczkowa szlachta.
– Ujadać będą, to tak. Zabrakło wam tarczy, osłony cedził słowa biskup. – Ale choć nie stało królowej Barbary, nikt nie odbierze wam przecie nadań. A już tym bardzie ... tytułów.
– Król jegomość... – rzekł Czarny – póki jechał, a potem szedł za trumną królowej w kurzu, w upale – nasz był. Ale ledwo dowiózł ją do Wilna i pochował, zamknął się w sobie. Jakby nad obojgiem wieko trumny zatrzasnął.
– Gorzej! Chyba nam na przekór – narzekał Rudy – zagrzebał się w aktach, dokumentach. Zaczął nadstawiać ucha na podszepty Frycza i szlachty koronnej. I to o czym? O potrzebie unii.
– A, unii... Za radę szczerość! I to zupełna. Wam to nie w smak?
– My – litewskie wielmoże – rzekł po chwili milczenia kanclerz.
– Aż tych każdy, choćby gadał inaczej, połknięciu przez Koronę przeciwny – dodał Rudy.
– Folguj, bracie. Na unię przyjdzie jeszcze czas. Kiedyś, nie dzisiaj. Teraz insza gnębi nas troska.
– Insza? – udawał zdziwienie Zebrzydowski.
Wielki kanclerz litewski przytaknął.
– Teraz ważniejsze królowej Bonie zamknąć powrót na ziemie litewskie. Inaczej wszystkich zechce zubożyć, prastarych nadań pozbawić. Wszędzie, gdzie okiem rzucić, ma tutaj swoich ludzi, zauszników.