Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 104 105 106 107 108 109 110 111 112 ... 141
Перейти на страницу:

— On nigdy tego nie zrobi.

— Pozwól, że nad nim popracuję. Może potrafię go przekonać. A kiedy już zdobędę jego podpis, wejdę do wewnętrznego Labiryntu i dokonam tego, co powinienem dokonać. Po wyjściu stamtąd będę miał pełnię władzy Koronala i usunę Dondak-Sajamira z jego urzędu. Obiecuję ci to raz jeszcze.

— Lecz w jaki sposób zdobędziesz jego podpis? Przecież od miesięcy odmawia jakiejkolwiek kontrasygnaty!

— Zostaw to mnie — rzekł Valentine.

Gitamorn Suul wyciągnęła z biurka ciemnozieloną kostkę wykonaną z gładkiego, lśniącego tworzywa i wsunęła ją w automat, który rozbłysnął na moment jaskrawym światłem. Po wyjęciu z automatu powierzchnia kostki nabrała żółtej barwy.

— Proszę. Oto twoja przepustka, lecz ostrzegam cię, że bez kontrasygnaty jest bezwartościowa.

— Zdobędę ją — powiedział Valentine.

Wrócił do Dondak-Sajamira. Su-Suher spojrzał na niego niechętnie, ale Valentine nie zamierzał się poddawać.

— Rozumiem teraz twoją odrazę do Gitamorn Suul — rzekł. — Dondak-Sajamir uśmiechnął się powściągliwie.

— Czyż nie spala się od nienawiści? Przypuszczam, że odrzuciła twoje podanie.

— Och, nie — powiedział Valentine, wyjmując z płaszcza kostkę i kładąc ją przed majordomusem. — Dała mi to dość chętnie, spodziewając się, że odmówisz podpisu i że jej przepustka będzie bezwartościowa. Moje uczucia uraziła czym innym.

— Czymże znowu?

— Może to dla ciebie zabrzmi niemądrze, lecz znalazłem się całkowicie pod wrażeniem jej urody. Dla ludzkich oczu, muszę ci wyznać, ta kobieta ma wspaniałą fizjonomię, szlachetną postawę, jest niezwykle powabna… no, nieważne. Poddałem się jej urokowi w żenująco naiwny sposób. Otworzyłem się przed nią i obnażyłem duszę. Wyśmiała mnie okrutnie, a jej pogarda zapiekła bardziej niż przyłożone do ciała rozpalone żelazo. Jak mogła być tak bezlitosna, tak odpychająca dla kogoś, kto zapałał do niej najgorętszym i najgłębszym uczuciem?

— Uroda, o której mówisz, uszła mojej uwagi — powiedział Dondak-Sajamir. — Ale dobrze poznałem jej chłód i wyniosłość.

— Rozumiem teraz twoją wrogość — rzekł Valentine. — I jeśli pozwolisz, jestem do usług. Nasze wspólne działanie mogłoby ją zniszczyć.

— Tak, to byłaby wspaniała chwila — powiedział zamyślony Dondak-Sajamłr. — Doprowadzić ją do upadku. Ale jak to zrobić?

Valentine postukał w kostkę leżącą na biurku majordomusa.

— Dodaj do tej przepustki swoją kontrasygnatę. W ten sposób wejdę do wewnętrznego Labiryntu, ty natomiast zarządzisz dochodzenie dotyczące okoliczności, w jakich się tam znalazłem. Oczywiście będziesz utrzymywał, że nie dałeś mi żadnego zezwolenia. Kiedy wrócę, załatwiwszy u Pontifexa swoje interesy, poprosisz mnie, abym to zaświadczył. Ja powiem, że odrzuciłeś moje podanie, że dostałem przepustkę w pełni asygnowaną od Gitamorn Suul, oraz że nie spodziewałem się z jej strony chęci zaszkodzenia tobie. Twoje oskarżenie o fałszerstwo, łącznie z moim zeznaniem, będzie jej zgubą. I co ty na to?

— Wspaniały pian — odpowiedział Dondak-Sajamir. — Nie mógłbym wymyślić nic lepszego!

Su-Suher wsunął kostkę w automat, który do żółtego blasku nałożonego przez Gitamoin Suul, dodał barwę różową. Teraz przepustka była ważna. Cała ta intryga, pomyślał Valentine, była tak pokrętna, jak pokrętny był sam Labirynt, ale grunt, że udało się ją przeprowadzić. Niech teraz tych dwoje knuje i spiskuje jedno przeciw drugiemu, ile tylko dusza zapragnie, podczas kiedy on, przez nikogo nie zatrzymywany, uda się do ministrów Pontifexa. Majordomusowie dostaną to, na co zasłużyli, gdyż Valentine zamierzał pozbawić urzędu oboje skłóconych rywali. Był zdania, że nie musi uczciwie postępować z takimi, którzy wykorzystują swoją władzę, aby innym utrudniać życie.

Wziął kostkę od Dondak-Sajamira i skinął głową w podzięce.

— Obyś zdobył pełnię władzy oraz szacunek, na jaki zasługujesz — powiedział obłudnie.

Rozdział 8

Strażnicy pilnujący dostępu do serca Labiryntu nie kryli zdziwienia, że ktoś z zewnątrz znalazł sposób, aby dotrzeć do ich królestwa. Choć jednak poddali kostkę-przepustkę gruntownemu badaniu, z niechęcią musieli przyznać, że jest ważna. Valentine oraz jego towarzysze ruszyli dalej.

Przejściami prowadzącymi przez tę centralną część Labiryntu poniósł ich wąski pojazd z tępym nosem. Towarzyszący im zamaskowani urzędnicy chyba nim nie kierowali, zresztą dla nikogo nie byłoby to rzeczą łatwą, gdyż teraz Labirynt rozgałęział się w nieskończoność i nieskończoną ilość razy zakręcał. Jakikolwiek intruz natychmiast zagubiłby się pośród tych tysięcy skrętów, zwojów, splotów i spiral. Wóz był najprawdopodobniej kierowany ukrytym w ziemi przewodem; zanurzał się wciąż coraz głębiej i głębiej w zwoje kolejnych uliczek Labiryntu.

Na każdym punkcie kontrolnym wciąż od nowa przepytywali Valentine'a podejrzliwi funkcjonariusze, niemal niezdolni pojąć, że ktoś obcy udaje się do ministrów Pontifexa. Valentine wymachiwał przed nimi swoją kostką-przepustką niczym czarodziejską różdżką. “Przybywam z posłannictwem w sprawie nie cierpiącej zwłoki i będę rozmawiał tylko z najwyższymi urzędnikami" — powtarzał za każdym razem tonem nie znoszącym sprzeciwu. I ostrzegał: “Nie wyjdzie to wam na dobre, jeśli będziecie mnie zatrzymywać".

W końcu — choć zdawało mu się, że minęło sto lat od sforsowania, dzięki ich żonglerce, Bramy Ostrzy — znalazł się przed Shinaamem, Dilifonem i Narrameer, trojgiem z pięciu wielkich ministrów Pontifexa.

Przyjęli go w wysokiej, mrocznej i zimnej sali, zbudowanej z wielkich bloków czarnego kamienia. Valentine poczuł na sobie ciężar całego Labiryntu, Areny i Domu Kronik, i Dziedzińca Kul, i Sali Wiatrów, i całej tej reszty ciemnych korytarzy i hałaśliwych, zatłoczonych mozolącymi się kancelistami nisz. Gdzieś wysoko świeciło słońce, powietrze było wonne i rześkie, podmuchy wiatru niosły z południa zapach alabandyn, elidronów, tangali, a on tkwił w królestwie wiecznej nocy, przygnieciony gigantycznym kopcem ziemi i omotany milami krętych uliczek. Podróż w dół i do środka Labiryntu wreszcie się skończyła i oto tutaj stał, płonąc gorączką, ze ściągniętą twarzą, jakby od tygodni był pozbawiony snu.

Dotknął dłonią Deliambera. Vroon wsparł go wiązką energii. Popatrzył na Carabellę. Uśmiechnęła się i przesłała mu pocałunek. Spojrzał na Sleeta. Sleet pokiwał głową i wykrzywił twarz w śmiesznym grymasie. Rzucił okiem na Zalzana Kavola. Porywczy, niedźwiedziowaty Skandar dodawał mu odwagi szybkimi gestami przypominającymi żonglowanie. Jego towarzysze, jego przyjaciele, wierni mu od początku wędrówki, trwali przy nim.

Popatrzył na ministrów.

Byli bez masek i siedzieli obok siebie na krzesłach majestatycznych niby trony. Środkowe zajmował Shinaam z rodu Ghayrogów, minister spraw zagranicznych, o śliskim wyglądzie gada, z chłodnymi oczami bez powiek, z ruchliwym, trzepoczącym czerwonym językiem i szorstkimi włosami, nieustannie zwijającymi się i rozwijającymi niczym węże. Po prawej ręce miał Dilifona, osobistego sekretarza Tyeverasa — wątłą, widmową postać, o włosach białych jak u Sleeta, zwiędłej, pomarszczonej skórze i sędziwej twarzy z błyszczącymi węgielkami oczu. Po drugiej stronie Ghayroga siedziała Narrameer, wieszczka, wciąż jeszcze szczupła i wytworna, choć już niewątpliwie w bardzo podeszłym wieku, gdyż jej związek z Tyeverasem sięgał czasów, kiedy Pontifex był jeszcze Koronalem. Minio wszystko nadal wyglądała jak ktoś, komu daleko do starości. Miała gładką skórę, bujne i błyszczące kasztanowe włosy. Tylko w zagadkowym wyrazie oczu Valentine dostrzegał odbicie mądrości i doświadczenia, które rosły przez wiele dziesięcioleci. Ta jej młodość to sprawa czarów, pomyślał.

1 ... 104 105 106 107 108 109 110 111 112 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)