Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Achaja - Tom I
Achaja - Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Achaja - Tom I

Электронная книга - «Achaja - Tom I». Краткое содержание книги:

Znakomicie napisana powieść, łącząca elementy science fiction z klimatem fantasy. Udana próba wydobycia z obu podgatunków fantastyki tego, co w nich najlepsze. Ziemiański po raz kolejny dowodzi, że sztuka pisania dobrej prozy nie jest mu obca. – Feliks W. Kres Nowa powieść Ziemiańskiego to naprawdę, na wymagającym polskim rynku fantasy, znacząca pozycja. Ba, jestem pewien, że pisarz, nie mając żadnych kompleksów przed Sapkowskim, Tolkienem, stworzył własną, zupełnie nową wersją naszych dziejów fantastycznych i to w pełni kompletną, gdzie pierwszy i drugi plan ma bogatą artystyczną głębię odtworzoną z inteligencją i humorem.
1 ... 103 104 105 106 107 108 109 110 111 ... 126
Перейти на страницу:

– Przestań bić to dziecko! – krzyknął ktoś z tłumu.

– Taaaa! – dodał ktoś inny. – Trzeba było pilnować! Wyrodna matka!

– Niech pani przestanie!!! – kupiec chwycił wreszcie dziewczynę za rękę ze sznurem. – Nic się nie stało!

– Pewnie. Bawił się mały – krzyknęła jakaś kobieta z wielkim koszem wypełnionym owocami. – Zobaczył jakiegoś urwisa i naśladował. Albo mało tu złodziejstwa?

– Daj, pani, spokój! Mały zaraz się zsika ze strachu.

Achaja rozejrzała się po otaczających ich twarzach niby to obrażona na tłum.

– Tak? – warknęła. – Dobrze! Policzymy się w domu! Niech tylko ojciec wróci – szarpnęła chłopca za kołnierz. – Marsz za mną! Już ojciec z tobą porozmawia.

Chłopak, chlipiąc i przecierając oczy kułakami, powlókł się za nią. Odprowadzały ich wrogie spojrzenia, ale ich celem nie był mały złodziej tylko dziewczyna. Długo jeszcze słyszała za sobą nienawistne okrzyki:

– Wyrodna matka! Dzicz ze Wschodu, psiamać! Widziałaś? Tak bić małe dziecko… Wschodnia dzicz, tam to, kurwa, srają w krzakach.

Dopiero parę przecznic dalej spojrzała na idącego obok „wspólnika”. On również się śmiał.

– Co? – spytała. – Nie bolało za bardzo?

– Ujdzie. Ty… wiesz? Fajna jesteś – długo przeżuwał coś w sobie, wreszcie powiedział cicho i nieśmiało. – Chciałbym, żebyś była moją prawdziwą matką. Albo siostrą.

Klepnęła go w ramię, nie wiedząc co powiedzieć. Mrugała oczami, jakby dostały się do nich jakieś pyłki. Coś… coś… Ach, mniejsza z tym. Jakieś zapomniane od dawna uczucie… nie, nie uczucie… Coś. To coś wypełzło gdzieś z jej wnętrza i podeszło do samego gardła. Dokładnie podeszło. Psiamać, dławiło i sprawiało, że musiała parę razy przełknąć ślinę. A szlag! Szlag z tym czymś!

– Nie rozkleiłeś się za bardzo? – mruknęła, pokonując opór ściśniętego gardła.

– Nie, ale… myślałem, że mnie tam zostawisz – powiedział jakoś tak miękko. Jego wielkie oczy, być może, po raz pierwszy w swoim krótkim życiu, patrzyły choć z cieniem ufności.

Unikała tych oczu. Odwróciła głowę i dłuższą chwilę studiowała szczegóły rzeźb na wspaniałym tympanonie gigantycznej biblioteki, którą właśnie mijali.

– Ty wiesz… – wzięła głębszy oddech i jej głos brzmiał już normalnie. – Z tą siostrą to jest, kurde, dobry pomysł. No – odchrząknęła. – Jutro robimy „na siostrę”.

ROZDZIAŁ 31

Wokół umierali ludzie. Meredith, który ocknął się w ciemnościach, wyraźnie słyszał ich jęki. Poruszył się niepewny, czy sam żyje. Jakaś twarz pochyliła się nad nim. – Panie… panie. Wzrok wyostrzał się mu powoli. Człowiek, który mówił do niego, musiał być czarownikiem. Nie jakimś wielkim bynajmniej. Sądząc po stroju był zwykłym, wiejskim adeptem magii, który z całą pewnością nie kończył żadnej ze szkół.

– Żyjecie panie – ni to stwierdzenie, ni pytanie.

Meredith usiłował coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. Odkaszlnął czując narastający ból spierzchniętego gardła.

– Co… – nie mógł panować nad głosem. – Co… się stało? – wychrypiał.

– Panie – czarownik był czymś poruszony. – Tu zaraza, jakaś dziwna choroba. Usiłowałem pomóc, zebrałem chorych w jednej chałupie i… no… wyszedłem po wodę i…

– Co się stało? – udało mu się powiedzieć wyraźniej.

– No i wracam z wodą… no… i wy panie, leżycie… normalnie leżycie w przejściu, no.

Umysł Mereditha powoli przywoływał zatarte obrazy. Wyspa Zakonu, więzienie, chłopak z tobołkiem, jakaś straszna, zamierzchła wiedza…

– Czy ja żyję? – spytał.

– Byliście martwi, panie – wiejski czarownik kiwał głową. – No, ale łatwo było was przywołać na powrót do życia. Tak jakbyście, panie, umarli mi dosłownie na progu.

– Co?

– No tak. Ale nie mogliście tu umrzeć. Wszak przedtem was w ogóle nie było.

Meredith z trudem uniósł się na drżących ramionach. W głowie kręciło mu się coraz bardziej, tak, że opadł z powrotem na prowizoryczne posłanie. Zdążył jednak zauważyć kilkunastu owiniętych w pledy ludzi, którzy jęczeli obok. Powoli zaczął przypominać sobie wszystko, małą celę, Wirusa i jego plan.

– Co… – znowu odkaszlnął. – Co to za choroba?

– Nie wiem, panie. Dziwna jakaś. Takiej jeszczem nie widział.

– A… ja tu skąd?

– Nie wiem, nie… nie było was, a jak wróciłem leżeliście martwi.

– To Wirus.

– Kto panie?

– To… – nagle zmienił zdanie – to wirus – powiedział tak, jakby nie było to imię i należało je pisać z małej litery. Przypomniał sobie wszystko, co mówił chłopak.

– Nie wiem o czym mówicie, panie. Wasz palec… Ktoś obciął wam palec.

Meredith podniósł do oczu lewą dłoń. Brudny, zakrwawiony opatrunek nie mógł ukryć braku najmniejszego palca. Nawet nie bolało tak bardzo.

– To nic – uniósł się, podpierając tym razem prawą ręką. Zawroty głowy nie były już dokuczliwe. Czuł mdłości, ale wiedział, że to również minie szybko.

– Pomóż mi.

– Ale choroba, panie…

– Nie jestem chory. Daj mi rękę.

Przy pomocy wiejskiego czarownika udało mu się usiąść na posłaniu. Rozejrzał się wokół dużo przytomniej. Chałupa była uboga, mała i duszna.

– Gdzie jestem?

– To zachodnie prowincje Cesarstwa Luan – oczy wiejskiego czarownika dosłownie wychodziły z orbit. Pewnie sądził, że Meredith przeniósł się tu jakoś za pomocą potężnych czarów, o jakich nawet największym mistrzom nie mogło się śnić. Prawda jednak była jeszcze bardziej dziwna. Nie było sensu wprowadzać go w cokolwiek, co mogło wyjaśnić nagłe pojawienie się człowieka w zamkniętej chacie.

– Chcę wstać.

– Ale… choroba, panie.

– Nie jestem chory – powtórzył. Wyciągnął ramię, by móc się oprzeć. A potem coś podkusiło go i powiedział całkiem szczerze. – To ja jestem chorobą. Niestety.

– Majaczycie, panie. Lepiej zostańcie w łożu.

– Nie.

Udało mu się wstać. Zawroty głowy ustały zupełnie. Mdłości też nie były już dokuczliwe.

– Dziękuję ci – mruknął.

– Ale panie…

– Nic, nic. Pójdę sobie.

Udało mu się zrobić kilka kroków na chwiejnych nogach. Przystanął na chwilę, a potem zataczając się, ruszył dalej. Wreszcie pchnął zbite z krzywych desek drzwi i wyszedł na zewnątrz, mrużąc oczy od nadmiaru światła. A więc plan Wirusa się udał. Udał się! Jest wolny! Wolny! Wolny!!! Powstrzymując łzy, dokuśtykał do studni. Na szczęście stojące na cembrowinie wiadro było pełne. Nachylił się i pił długo, a potem zanurzył w nim głowę. Dopiero po dłuższej chwili mógł rozejrzeć się wokół dużo przytomniej. Wieś wyglądała na opuszczoną. Pewnie z powodu choroby. Wśród kilku ubogich chałup wałęsały się jedynie psy. Kury i resztę inwentarza musieli zabrać uchodzący przed zarazą chłopi. Aaaaaach…

– Jestem wolny! – krzyknął. – Jestem wolny!

– Ano jesteście – odezwał się siedzący tuż za studnią chłopak z tobołkiem przerzuconym przez ramię.

Meredith drgnął nie przygotowany na pojawienie Wirusa. Po chwili jednak opanował się, a nawet uśmiechnął lekko.

– Udało ci się – szepnął.

– Ano. Mnie się z reguły udaje wszystko, co sobie zaplanuję.

Meredith pokręcił głową.

– Ale dlaczego Luan? Dlaczego przeniosłeś mnie tak daleko?

Chłopak odwzajemnił uśmiech.

– To nie ja.

– Nie ty? To kto?

Wirus przymrużył jedno oko.

– Nikt.

W drzwiach chałupy pojawił się wiejski czarownik. Rozglądał się wokół, nie mając pojęcia, z kim rozmawia mistrz czarnoksięstwa. Najwyraźniej nie widział chłopca z kijem i tobołkiem.

1 ... 103 104 105 106 107 108 109 110 111 ... 126
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)