Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » W słusznej sprawie
W słusznej sprawie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

W słusznej sprawie

Электронная книга - «W słusznej sprawie». Краткое содержание книги:

Miami. Znany reporter Matthew Cowart dostaje list z więzienia stanowego. Robert Fergusson czeka w celi śmierci na wykonanie wyroku, twierdzi jednak, że nie popełnił morderstwa, za które został skazany. Cowart postanawia zająć się tą sprawą. Nie przypuszcza, że jego sensacyjny reportaż uruchomi potężny mechanizm mistyfikacji i zbrodni…
1 ... 101 102 103 104 105 106 107 108 109 ... 146
Перейти на страницу:

– Nie ruszaj się! Rzuć broń!

Reporter widział niebo usiane obłokami i czuł w nozdrzach intensywny zapach kordytu. Poza hukiem wystrzału usłyszał głęboki dźwięk, który zdezorientował go zupełnie, dopóki nie stwierdził, że to jego serce zadudniło mu w uszach.

Usiadł i pomacał głowę, następnie spojrzał na ręce, które były mokre od potu, a nie, jak myślał, od krwi. Jego wzrok powędrował w kierunku starej kobiety. Detektywi wciąż wykrzykiwali komendy, które zdawały się gubić w gorączce dnia i prażącym niemiłosiernie słońcu. Stara kobieta spojrzał na niego z góry.

– Mówiłam ci, Panie Biały Dziennikarzu. Już raz ci mówiłam. – Jej głos wydawał się niezwykle ostry. – Splunęłabym w oko samemu Lucyferowi, gdyby to miało pomóc mojemu chłopakowi.

Cowart wpatrywał się w nią nieruchomo.

– Umarłeś? – zapytała nagle.

– Nie – odparł spokojnie.

– Nie mogłam tego zrobić – powiedziała zgorzkniałym głosem. – Tak po prostu zdmuchnąć ci łepetynę. Do cholery.

Jej pomarszczona skóra przybrała teraz barwę szarego popiołu.

– Miałam tylko jeden nabój.

Odwróciła się w stronę dwóch policjantów zbliżających się z wycelowaną w nią bronią. Podchodzili czujnie nachyleni, gotowi do oddania strzału. Jej wzrok spoczął na Brownie.

– Powinnam była oszczędzić ten pocisk dla ciebie – odezwała się chłodno. – Rzuć broń!

– Zabijesz mnie, Tanny Brown? – Rzuć broń!

Stara kobieta żachnęła się, lecz opuściła powoli strzelbę, kładąc ją ostrożnie koło drzwi tuż za sobą. Następnie stanęła wyprostowana i spojrzała na nich, krzyżując ręce na piersi.

– Zabijesz mnie teraz? – spytała ponownie. Wilcox pochylił się nad reporterem.

– Nic ci nie jest, Cowart?

– Nic mi nie jest – odparł reporter. Wilcox pomógł mu wstać.

– Chryste, Cowart, to było coś.

Cowart poczuł nagły przypływ dumy.

– Nie chrzań – zaśmiał się. Wilcox obrócił się w stronę Browna.

– Mam jej założyć kajdanki i przeczytać jej prawa?

Porucznik potrząsnął przecząco głową i podniósł strzelbę. Złamał ją, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście nie jest nabita, po czym wyciągnął zużytą łuskę i rzucił ją Cowartowi.

– Trzymaj. Na pamiątkę. – Następnie odwrócił się z powrotem do babki Fergusona. – Czy ma pani gdzieś tutaj jeszcze jakąś broń?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

– Czy teraz porozmawiasz ze mną, stara kobieto?

Potrząsnęła ponownie głową i splunęła na ziemię pełna zapalczywości.

– A zatem w porządku. Możemy tam zajrzeć. Bruce?

– Szefie?

– Znajdź jakąś łopatę w magazynku.

Porucznik schował rewolwer do kabury i podał nie nabitą strzelbę starej kobiecie rzucającej mu gniewne spojrzenia. Podszedł z powrotem do szopy i skinął głową na Cowarta.

– Tutaj – rzucił krótko, podając reporterowi łom. – Zdaje się, że grasz pierwsze skrzypce w machaniu tym narzędziem.

Stare, miejscami zmurszałe drewno jęknęło pod uderzeniem metalowej sztangi i łopaty, którą Wilcox znalazł przy szopie. W końcu zatrzeszczało przeraźliwie i rozpołowiło się, ukazując czarną, paskudnie cuchnącą dziurę. Do jej odkażania używano wapna, na szarobrązowej masie odchodów widniały białe smugi.

– Gdzieś tam – wskazał Cowart.

– Mam nadzieję, że to już wszystkie twoje strzały – wymamrotał Wilcox. – Jeśli ktoś ma jakieś otwarte rany czy skaleczenia, to radzę uważać. – Wziął łopatę od Browna. – Trzy lata temu spieprzyłem robotę i teraz to należy do mnie – szepnął posępnie. Zdjął marynarkę i wyjął z kieszeni chusteczkę, którą obwiązał sobie dookoła twarzy, zakrywając usta i nos. – Do diabła. – Słowa ugrzęzły w zaimprowizowanej masce. – Wiesz, że to nielegalne przeszukanie – odezwał się do Browna, który skinął głową potakująco. – Do diabła – powtórzył Wilcox.

Zdecydowanie zrobił krok do przodu i jego noga zanurzyła się w mulistej substancji. Stęknął dramatycznie, mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwa, po czym zabrał się za odgrzebywanie kolejnych warstw odpadków skrobiąc uparcie łopatą.

– Patrzcie na łopatę – odezwał się z trudem, oddychając przez zakryte usta i nozdrza. – Nie mogę niczego przeoczyć.

Brown i Cowart nie odezwali się ani słowem, obserwując z uwagą poczynania Wilcoxa. Działał ostrożnie, dokładnie i powoli drążąc w ciemnej masie. W pewnym momencie poślizgnął się i ledwo uniknął kąpieli w smrodliwej brei. Dźwignął się z wysiłkiem, patrząc z odrazą na brudne i udekorowane odchodami dłonie i ramiona. Zaklął siarczyście, wznawiając mozolne poszukiwania.

Minęło pięć, potem dziesięć minut, a detektyw wciąż kopał, przerywając pracę jedynie dla złapania głębszego oddechu i odkaszlnięcia smrodu, który nieprzerwanie gromadził mu się w ustach.

Po następnych sześciu machnięciach łopatą zamruczał ponuro:

– Chyba zagłębiłem się już na kilka lat wstecz. Ile gówna może wyprodukować ta stara kobieta w ciągu roku? – zaśmiał się gorzko.

– Tam! – krzyknął Cowart.

– Gdzie, do cholery? – spytał Wilcox.

– No tam – wskazał palcem Tanny Brown. – Co to jest?

Następny ruch łopatą odsłonił kawałek jakiegoś materiału, który wyszedł z odgłosem klaśnięcia i ssania. Był to kawałek grubego syntetycznego przedmiotu w kształcie prostokąta.

Brown nachylił się, żeby przyjrzeć się lepiej znalezisku, po czym chwycił je za róg i podniósł do góry.

– Wiesz, co to jest, Bruce? Detektyw skinął głową.

– Mógłbym się założyć.

– Co? – spytał Cowart.

– Kawałek dywanika z podłogi samochodu. Pamiętasz? W wozie Fergusona brakowało sporego fragmentu wykładziny. Oto i on.

– Widzisz tam coś jeszcze? – spytał Brown.

Wilcox odwrócił się i pogrzebał łopatą w tym samym miejscu.

– Nie – stwierdził. – Zaraz, zaraz! Ho, ho, co my tu mamy? Wyszarpnął sporą ilość odchodów z cuchnącego bagna i pokazał to wszystko Brownowi.

– Patrzcie na to.

Porucznik obejrzał się na Cowarta.

– Widzisz to co ja?

Reporter przez chwilę wpatrywał się usilnie, aż w końcu rozpoznał zawinięty ciasno węzełek składający się z dżinsów, koszulki, trampek i skarpetek przewiązanych sznurowadłem. Lata leżenia w odchodach sprawiły, że z ubrania pozostały jedynie strzępy, lecz nadal nie można było się mylić.

– Założę się o całą farmę, że na tych ciuchach znajdziemy ślady krwi.

– Jest tam coś jeszcze?

Detektyw popracował przez chwilę łopatą.

– Nie sądzę – odezwał się w końcu.

– To wyłaź stamtąd.

– Z wielką przyjemnością – powiedział i zręcznie wydostał się z dołu. Trzej mężczyźni w milczeniu skierowali się na podwórze. Ostrożnie rozłożyli znalezione rzeczy na ziemi, w miejscu gdzie silnie przygrzewało słońce.

– Czy nadają się jeszcze do badania? – spytał po chwili Cowart.

Brown wzruszył ramionami.

– Podejrzewam, że tak. – Spojrzał uważniej na rozłożone rzeczy. – Tak naprawdę to nie muszą być poddane żadnym badaniom.

– Też prawda – zgodził się Cowart.

Wilcox próbował doczyścić się, strzepując z ubrania śmierdzące odpadki. Spojrzał na swego partnera.

– Tanny – powiedział miękko. – Przykro mi, stary. Powinienem być bardziej dokładny. Powinienem to przewidzieć.

Brown potrząsnął przecząco głową.

– Teraz wiesz więcej, niż wiedziałeś wtedy. Nie ma sprawy. Powinienem dokładniej sprawdzić raport z przeprowadzonej rewizji.

1 ... 101 102 103 104 105 106 107 108 109 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)