Trylogia o Reynevanie – I Narrenturm
- Автор: Sapkowski Andrzej
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Trylogia o Reynevanie – I Narrenturm». Краткое содержание книги:
– Jaka gra? – rozdarł się Reynevan. – Jaka stawka? Gdzieś mam wasze gry! Twoje tajemnice dawno już przestały nimi być, sprawa, której służysz, też już nie jest sekretem. Myślisz, że co, że nie umiem zsumować dwóch i dwóch? Wiedz zresztą, że gwiżdżę na to. W zadku mam spiski i spory religijne. Słyszysz, Horn? Nie domagam się, byś wydawał wspólników, zdradzał dalsze skrytki, w których przechowywany jest Joannes Wilceph Anglicus, doctor evangelicus super omnes evangelistas. Ale muszę, do diabła, wiedzieć, dlaczego, jak i z czyjej ręki zginął mój brat. I ty mi to powiesz. Choćbym miał to z ciebie wytłuc!
– Oho! Patrzcie kogucika!
– Wstawaj. Zaraz dostaniesz po mordzie.
Horn wstał. Szybkim, zwinnym ruchem, przywodzącym na myśl rysia.
– Spokojnie – syknął. – Spokojnie, młodszy panie von Bielau. Bez nerwów. Cholera piękności szkodzi. Gotoweś zbrzydnąć. I stracić swoje słynne już na cały Śląsk powodzenie u mężatek.
Wychyliwszy korpus w tył, Reynevan mocno kopnął go pod kolano kopniakiem podpatrzonym u Szarleja. Zaskoczony Horn padł na klęczki. Ale od tego miejsca Szarlejowa taktyka zaczęła zawodzić. Mającego złamać mu nos ciosu Horn uniknął ruchem nieznacznym, acz szybkim, pięść Reynevana zawadziła tylko o ucho. Horn przedramieniem odbił szeroki i dość chaotyczny lewy sierpowy, rysio zwinnie zerwał się z klęczek, odskoczył.
– No, no – błysnął zębami. – Kto by się spodziewał? Ale skoro tak bardzo tego pragniesz, chłopcze… Jestem do usług.
– Horn – Szarlej, nie odwracając się, chlebową królową zabił chlebowego konia Tomasza Alfy. – Jesteśmy w więzieniu, znam zwyczaj, nie wtrącę się. Ale przysięgam, wszystko, co mu zrobisz, ja tobie zrobię w dwójnasób. Wliczając zwłaszcza zwichnięcia i fraktury.
Poszło szybko. Horn doskoczył jak prawdziwy ryś, płynnie i zwinnie, tanecznie. Reynevan uchylił się przed pierwszym uderzeniem, oddał, trafiając nawet, ale tylko raz, reszta ciosów bezskutecznie i bezsilnie spłynęła po gardach. Horn uderzył tylko dwa razy, bardzo szybko. Oba razy celnie. Reynevan z impetem uderzył tyłkiem o klepisko.
– Jak dzieci – powiedział, przesuwając króla, Tomasz Alfa. – Zupełnie jak dzieci.
– Wieża bije pionka – powiedział Szarlej. – Szach i mat. Urban Horn stanął nad Reynevanem, trąc policzek i ucho.
– Nie chcę już nigdy wracać do tej sprawy – powiedział chłodno. – Nigdy. Ale żeby nie wyszło, żeśmy na próżno dali sobie po facjatach, zaspokoję twą ciekawość choć trochę i zdradzę coś niecoś. Coś, co tyczy się twego brata Piotra. Chciałeś wiedzieć, kto go zabił. Nie wiem otóż kto, ale wiem co. Jest więcej niż pewne, że Piotra zabił twój romans z Adelą Sterczową. Będący pretekstem, pretekstem znakomitym, niemal doskonale maskującym prawdziwe powody. Nie powiesz mi, że już sam na to nie wpadłeś. Jakoby umiesz sumować dwa i dwa.
Reynevan starł krew spod nosa. Nie odpowiedział. Oblizał puchnącą wargę.
– Reinmarze – dodał Horn. – Ty źle wyglądasz. Nie masz ty aby gorączki?
Przez czas jakiś Reynevan się dąsał. Na Horna – z wiadomych przyczyn, na Szarleja – bo nie interweniował i nie pobił Horna. Na Koppirniga, że chrapał, na Bonawenturę, że śmierdział, na Circulosa, na brata Trankwilusa, na Narrenturm i na świat cały. Na Adelę de Sterczą, bo paskudnie się wobec niego zachowała. Na Katarzynę Biberstein – bo on paskudnie się wobec niej zachował.
Na domiar złego czuł się źle. Miał katar, trzęsły nim dreszcze, źle spał, a budził się mokry od potu i zmarznięty.
Dręczyły go sny, w których wciąż i nieustannie czuł zapach Adeli, jej pudru, jej różu, jej pomadki, jej henny – na zmianę z zapachem Katarzyny, jej kobiecości, dziewczęcego potu, mięty i tataraku we włosach. Palce i dłonie pamiętały wracający w snach dotyk – i też porównywały. Nieustannie porównywały.
Budził się zlany potem. A na jawie przypominał sobie i nie przestawał porównywać.
Zły nastrój potęgowali Szarlej i Horn, którzy od incydentu zaprzyjaźnili się i pokumali, weszli w komitywę, przypadł, widać było, frant frantowi do gustu i poznał się ćwik na ćwiku. Siadując „Pod Omegą”, frantowie wiedli długie rozmowy. A na pewien temat jakby się uwzięli, w kółko do niego wracali. Nawet jeśli zaczynali od czegoś zupełnie innego – jak chociażby od widoków na wydostanie się z ciupy.
– Kto wie – mówił cicho Szarlej, w zamyśleniu obgryzając nadłamany paznokieć kciuka. – Kto wie, Horn. Może będziemy mieli szczęście… Mamy, widzisz, pewne nadzieje… Kogoś za murami…
– Kogóż to? – Horn spojrzał na niego bystro. – Jeśli można wiedzieć?
– Wiedzieć? A po cóż? Wiesz, co to jest strappado? Jak myślisz, jak długo wytrzymasz, gdy podciągną cię za…
– Dobra, dobra, daruj sobie. Ot, ciekawiło mnie, czy wasza nadzieja wypadkiem nie w ukochanej Reinmara, Adeli de Sterczą. Mającej obecnie, jak wieść niesie, duże wzięcie i wpływy wśród Piastów śląskich.
– Nie – zaprzeczył Szarlej, zauważalnie ubawiony wściekłą miną Reynevana. – W niej akurat nadziei nie pokładamy. Nasz drogi Reinmar ma, i owszem, powodzenie u płci nadobnej, ale nie wiążą się z tym żadne korzyści, poza, oczywiście, nader krótkotrwałą przyjemnością z pochędóżki.
– Tak, tak – zadumał się pozornie Horn – samo powodzenie u kobiet nie wystarczy, trzeba mieć jeszcze do nich szczęście. Dobrą, że użyję eufemizmu, rękę. Wtedy ma się szansę mieć nie tylko zgryzoty i stracone zachody miłości, ale i jakieś profity. Choćby w takiej sytuacji jak nasza. Wszak nie kto inny, a miłująca dzieweczka uwolniła z okowów Walgierza Wdałego. Zakochana Saracenka wybawiła z niewoli Huona z Bordeaux. Litewski kniaź Witold uciekł z więzienia na zamku w Trokach z pomocą kochającej żony, księżnej Anny… Zaraza, Reinmarze, ty naprawdę źle wyglądasz.
– …Ecce enim veritatem dilexisti incerta et occulta sapientiae tuae manifestasti mihi. Asperges me hyssopo, et mundabor… Hej! Żebym ja tam zaraz którego nie musiał pokropić! Lavabis me… Hola! Nie ziewać tam! Tak, tak, Koppirnig, to do ciebie było! A ty, Bonawentura, czego czochrasz się o mur jak świnia? Przy modlitwie? Godności, godności więcej! I któremu to, chciałbym wiedzieć, tak nogi śmierdzą? Lavabis me et super nivem dealbabor. Auditui meo dabis gaudium… Święta Dympno… A temu co znowu?
– Jest chory.
Reynevana bolały plecy, na których leżał. Zdziwił się, że leży, albowiem dopiero co klęczał przy modlitwie. Posadzka ziębiła, zimno promieniowało przez słomę, miał wrażenie, że leży na lodzie. Dygotał z zimna, trząsł się cały, szczękał zębami tak, że od skurczów bolały mięśnie żuchw.
– Ludzie! Toż on rozpalony jak piec Molocha! Chciał zaprotestować, czyż nie widzą, że ziębnie, że trzęsie się od chłodu? Chciał prosić, by go czymś okryli, ale nie zdołał przecisnąć przez dzwoniące zęby nawet jednego artykułowanego słowa.
– Leż. Nie ruszaj się.
Obok ktoś rzęził, zanosił się kaszlem. Circulos, to chyba Circulos tak kaszle, pomyślał, z nagłym przerażeniem zdając sobie sprawę z faktu, że kaszlącego, choć oddalonego o dwa kroki, widzi jako bezkształtną, rozmywającą się plamę. Zamrugał. Nie pomogło. Poczuł, jak ktoś ociera mu czoło i twarz.
– Leż spokojnie – powiedziała pleśń na murze głosem Szarleja. – Leż.
Był okryty, ale tego, by go okrywano, nie pamiętał. Już go tak nie trzęsło, zęby nie szczękały.
– Jesteś chory.
Chciał powiedzieć, że on wie lepiej, w końcu jest lekarzem, studiował medycynę w Pradze i potrafi odróżnić chorobę od chwilowego przemarznięcia i osłabienia. Ku swemu zdziwieniu z jego otwartych ust, miast mądrej przemowy, wyrwał się tylko jakiś okropny skrzek. Kaszlnął silnie, gardło zabolało i zapiekło. Wysilił się i kaszlnął raz jeszcze. I stracił przytomność z tego wysiłku.
Majaczył. Marzył. O Adeli i o Katarzynie W nozdrzach miał zapach pudru, różu, mięty, henny, tataraku. Palce i dłonie pamiętały dotyk, miękkość, twardość, gładkość. Gdy zamykał oczy, widział skromną, zawstydzoną nuditas virtualis – małe okrąglutkie piersi ze stwardniałymi od żądzy sutkami. Cienką talię, wąskie biodra Płaski brzuch. Wstydliwie przykurczone uda…
Nie wiedział już, która z nich jest która.
Zmagał się z chorobą przez dwa tygodnie, do Wszystkich Świętych. Potem, gdy już wyzdrowiał, dowiedział się, ze kryzys i przesilenie miały miejsce około Szymona i Judy, standardowo, siódmego dnia. Dowiedział się też, że ziołowe driakwie i napary, które go uratowały, dostarczył brat Trankwilus. A podawali mu je Szarlej i Horn. Czuwając przy nim na zmianę.
Rozdział dwudziesty ósmy
w którym nasi bohaterowie nadal są, by użyć słów proroka Izajasza, sedentes in tenebris – po ludzku zaś mówiąc, odsiadka w Narrenturmie trwa. Później zaś na Reynevana wywierane są naciski. Już to za pomocą argumentów, już to – instrumentów. I diabli wiedzą, czym by się to skończyło, gdyby nie te porobione na studiach znajomości.