Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— Strzelać! — krzyknąłem przez ramię.
— Ahima, chłopak! — odkrzyknął Kebiryjczyk, naciągając łuk.
Strzała prysnęła tuż obok mojego ucha, lecz wbiła się tylko w piach tuż za rydwanem. Następna przeszyła jednak łucznika, który wrzasnął, opadł na kolana i zwisł w opinających go szelkach.
— Hajaa! — rozdarłem się znowu, zapierając się w strzemionach i chwytając lancę pod pachę.
Rydwan runął na zataczającego się Hacla, któremu z ust płynęła krew, ale ten uskoczył w ostatnim momencie za skałę. Ostrza brzęknęły o kamień, Hacel zamachnął się oszczepem, lecz pocisk odbił się od burty i pojechał z brzękiem po piachu. Rydwan minął go i po chwili znowu zawrócił, jednak tym razem byliśmy już blisko.
Ornipant zagrzmiał bojowo, po czym machnął łbem, chcąc uderzyć wóz z boku dziobem i omal nie nadziewając się na wirujące kosy. Szarpnąłem wodzami, jeden z Kebiryjczyków uderzył swoimi rzemieniami w opancerzony bok ptaka.
— Hajaa! — wrzasnął. Ptak przyspieszył.
Minęliśmy wóz, strzała otarła mi się o skroń, rozcinając skórę, i prysnęła w niebo, a Kebiryjczyk wywiesił się nagle z boku, trzymając się tylko jedną ręką i stojąc nogami na boku ptaka, po czym rozkręcił rzemienie nad głową i cisnął je w nogi pędzącym baktrianom.
Rzemienie rozdzieliły się w powietrzu na trzy połączone części, każda zakończona ciężarkiem, po czym wplątały się w migające w pędzie kopyta zwierząt. Wóz przekoziołkował z potwornym trzaskiem, gubiąc koła i ostrza. Obaj Kebiryjczycy wyskoczyli w biegu, dobywając szabel, a ja wyhamowałem ptaka i zawróciłem go w miejscu.
Ostatni wóz, powożony przez setnika, zdołał wymanewrować ścigające go ornipanty i gnał teraz prosto na Benkeja i N’Dele wlokących zataczającego się oraz krwawiącego Hacla.
Wóz stracił już obydwu strzelców, jeden z nich, zmieniony w czerwony strzęp, ciągnął się z tyłu, wisząc w uprzęży, ale dowódca wyglądał na nietkniętego, stał na swoim miejscu na ugiętych nogach i poganiał baktriany.
Udało mu się zostawić z tyłu ścigające go ptaki.
Widziałem, że Brus i Snop jadą bok w bok, wrzeszcząc jak opętańcy, za ich ornipantami podnosiła się długa chmura pyłu.
Od strony karawany na spotkanie rydwanu pędziło kilkunastu wyjących wściekle ludzi z okrągłymi tarczami i szablami, ale byli zbyt daleko.
Zauważyłem to wszystko, gnając już na łeb na szyję i tłukąc wściekle ornipanta końcem lancy. Tropiciele rozdzielili się.
Benkej wlókł słabnącego Hacla, N’Dele został z tyłu, podniósł z ziemi urwany kawał łańcucha i teraz czekał na spotkanie rydwanu, wywijając żelazem, na szeroko rozstawionych nogach, czujny i skupiony.
Dowódca jednak go zignorował i wyminął szybkim ruchem. Wóz przetoczył się na jednym kole, N’Dele cisnął łańcuchem, który zdarł tylko kosy z koła.
Rydwan minął Kebiryjczyka w pędzie i runął na obu uciekinierów, kiedy miałem do niego trzy, może cztery długości susów ornipanta.
Benkej odepchnął rannego Hacla na bok i wyjął miecz, ale zaprzęg uderzył go w bok, wyrzucając w powietrze jak kukłę.
Dowódca niemal zeskoczył z kozła, przytrzymał się go jedynie ręką, wychylił daleko w bok, po czym ciął Hacla przez plecy sierpem jazdy.
Tropiciel runął na piach, a ja wydałem z siebie wściekły ryk. Dowódca wrócił na kozioł, wykręcił tuż przed nadbiegającymi Kebiryjczykami i pomknął w pustynię, wlokąc za sobą trupa swojego łucznika.
Popędziłem za nim.
Ptak był w końcu szybszy niż rydwan, ale wóz okazywał się o wiele zwrotniejszy i znacznie lepiej przyspieszał.
Kiedy ornipant gnał, jechało się dużo wygodniej, jego nogi przebierały tak prędko, że nie czuło się wstrząsów, i sunąłem nad kamienistą pustynią jakbym leciał.
Nie wiem, jak długo go ścigałem. Płonęła we mnie furia. Widziałem przed oczami moich ludzi padających niczym kręgle, Hacla ciętego w przelocie przez pierś, Benkeja uderzonego przez baktriany.
Chciałem krwi. Krwi tego, kto nie chciał nam pozwolić odejść i kto sądził, że urządzi sobie rzeź bezbronnych uciekinierów.
Naturalnie nie można było dopuścić, by wrócił do swoich i opowiedział o wielkiej karawanie idącej za Erg Krańca Świata, ale wtedy nie myślałem w taki sposób.
Byliśmy tuż za wzgórzem, setnik powożący rydwanem nie robił już zwodów, tylko rwał przed siebie jak najszybciej. W końcu obejrzał się przez ramię i zobaczył, że jestem coraz bliżej. Skręcił lekko, osłaniając się ode mnie kosami, które zostały mu na jednym kole, ale ja skierowałem ptaka na drugą burtę.
Bawiliśmy się tak przez chwilę, on wywijał w prawo, ja zachodziłem go z lewej i byliśmy od siebie cały czas o kilka kroków.
Widziałem jego okrągły żelazny hełm, inny niż skórzana osłona twarzowa kryjąca czoło i policzki, które nosili pozostali woźnice rydwanów. Kuta osłona, ukształtowana w coś podobnego do trupiej czaszki, zasłaniała mu twarz aż po usta, na skroniach miał przymocowane dwa wachlarze z ostrzy niczym niewielkie skrzydełka. Z tyłu hełmu powiewała kita z włosia. Trafiłem na artystę, który naprawdę kochał to, co robi.
Wydał z siebie swój obłąkańczy, bojowy wrzask, wyrwał z podłogi oszczep i jednym ruchem oplótł go ramieniem i oparł za karkiem, powożąc drugą ręką.
Uderzyłem lancą niby kijem, chcąc podciąć mu kolana, uchylił się i dźgnął oszczepem, ale odbiłem pchnięcie. Przyspieszył i znowu byliśmy daleko od siebie.
Odsądził mnie kawałek, a potem niespodziewanie zrobił dziki zwrot na jednym kole. Wóz pochylił się, ostrza zawirowały w powietrzu. Na wprost brzucha mojego ornipanta.
Szarpnąłem rozpaczliwie wodze, jakbym siedział na koniu, zaparłem się w siodle i ptak rzeczywiście skoczył. Z przeraźliwym skrzekiem, rozkładając dziwne, małe skrzydła, poszybował skokiem nad ostrzami i zadartą burtą wozu. Ogromne łapy uderzyły w piach, znowu szarpnąłem wodze i ornipant skręcił w miejscu prosto na zataczający się na kołach rydwan, po czym dźgnął wielkim dziobem pod spód, tuż przed kołem, i targnął łbem do góry. Wóz podskoczył w chmurze piachu i skał, z hukiem pękła oś i skrzynia przewróciła się na bok, wleczona przez baktriany.
Stałem w siodle przez chwilę nieruchomo, wycharczałem „ta khaa...", trącając ptaka w kolana końcem lancy.
Zwaliłem się w piach, bo przestrzelona noga ugięła się pode mną, ale zaraz podniosłem się, podpierając mieczem.
Podszedłem do przewróconego rydwanu, czepiając się różnych rzeczy, jak starzec. Jedno koło kręciło się jeszcze.
Woźnica zbierał się z trudem, krew lała mu się strugami po twarzy. Lewą rękę miał jakoś dziwnie wygiętą, może złamaną. W prawej jednak trzymał oszczep, który posłużył mu chwilowo za laskę, lecz zaraz zawinął nim w powietrzu, przygiął kolana i oparł drzewce na karku.
Już widziałem, jak wyprowadza to pchnięcie, jedną ręką, z drzewcem sunącym po plecach, więc byłem przygotowany. Odbiłem je mieczem, po czym dostałem kopniaka w zranioną nogę i to mnie już zaskoczyło. Powinienem upaść ze skowytem w piasek, ale tym razem ból mnie otrzeźwił. Zablokowałem uderzenie oszczepem, rąbnąłem głową w jego złamaną rękę. Usłyszałem wrzask i setnik runął na ziemię.
Był niższy i chyba lżejszy ode mnie. Na rydwanach powozili właśnie tacy. Pozbieraliśmy się równocześnie i rzuciliśmy na siebie jak psy.
Oszczep szczęknął o krótki miecz tropiciela, znowu i znowu, a potem jedną ręką chwyciłem drzewce, drugą zaś pchnąłem przeciwnika płasko w gardło.
Że to była dziewczyna, zorientowałem się dopiero, gdy odrąbałem jej głowę i zrozumiałem, że kita na hełmie to jej włosy.