Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Statek przeznaczenia. Część 1
Statek przeznaczenia. Część 1 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Statek przeznaczenia. Część 1

Электронная книга - «Statek przeznaczenia. Część 1». Краткое содержание книги:

W pełnym emocji zakończeniu trylogii o kupcach i ich żywostatkach Robin Hobb snuje urzekającą opowieść o kwitnącym niegdyś mieście, które znalazło się na krawędzi zniszczenia, o wspaniałym, mitycznym gatunku stworzeń, który znalazł się na granicy wymarcia oraz o klanie Vestritów, którego przeznaczenie splotło się i z miastem, i z owymi stworzeniami… Podczas gdy Miasto wolnego Handlu zmierza ku katastrofie, matka rodu Vestritów, Ronika Vestrit, napiętnowana jako zdrajczyni, szuka sposobu na zjednoczenie jego mieszkańców wobec zagrożenia z Krainy Miedzi. Tymczasem Althea Vestrit, nieświadoma losów swojej rodziny oraz Miasta Wolnego Handlu, kontynuuje niebezpieczną misję odnalezienia i odzyskania swego żywostatku, Vivacii, od bezlitosnego pirata, Bystrego. Mimo zuchwałości planu może się on okazać niewykonalny. Jej ukochana Vivacia będzie bowiem musiała się zmierzyć ze straszliwą tajemnicą swego istnienia.
1 ... 99 100 101 102 103 104 105 106 107 ... 118
Перейти на страницу:

– Cóż, minstrelu – wymruczała, rozbawiona. – Pragniesz jakiejś łaski w zamian za twą pieśń?

– Śpiewam z radości, że istniejesz – odparł śmiało.

– To dobrze – stwierdziła.

Ludzie odważyli się nieco do niej zbliżyć, trzymając broń w pogotowiu. Głupcy. Uderzyła ogonem w kocie łby i ludzie umknęli do swoich kryjówek. Roześmiała się. A jednak pojawił się ktoś jeszcze, kto się jej nie bał. Bras postąpił krok do przodu z dobytą szablą, ale trzymał ją skierowaną czubkiem do dołu.

– A więc wróciłaś – odezwał się cicho. – Dlaczego?

Prychnęła na niego.

– Dlaczego? A dlaczego nie? Pojawiam się tam, gdzie mi się podoba, człowieku. Nie tobie przepytywać Władczynię Trzech Królestw. Ten mały wybrał sobie lepszą rolę. Postąpiłbyś mądrzej, gdybyś go naśladował.

Bras oparł zakrwawiony czubek szabli o ziemię. Tintaglia wyczuwała zapach krwi, potu i dymu. Człowiek ośmielił się spojrzeć na nią spod zmarszczonych brwi.

– Oczyszczasz naszą zatokę z kilku wrogich statków i spodziewasz się, że będziemy się płaszczyć z wdzięczności?

– Nadajesz sobie znaczenie, które nie istnieje, Brasie Khuprusie. Nic mnie nie obchodzą wasi wrogowie, tylko moi. Zaatakowali mnie strzałami. Spotkał ich właściwy koniec, taki, jaki spotka wszystkich, którzy mi się sprzeciwiają.

Ciemnowłosy mieszkaniec Deszczowych Ostępów podszedł bliżej. Teraz widziała, że opiera się na swojej szabli. Był bardziej zmęczony, niż sądziła. Wzdłuż lewej ręki miał cienką linię zaschniętej krwi. Kiedy uniósł twarz, by spojrzeć na Tintaglię, słabe zimowe słońce zalśniło na jego pokrytym łuskami czole. Zastrzygła uszami z rozbawienia. Nosił jej znak i nawet o tym nie wiedział. Należał do niej, a mimo to sądził, że może zmierzyć swoją wolę z jej wolą. Postawa chłopca była bardziej odpowiednia. Stał wyprostowany i, chociaż także podnosił wzrok, by spojrzeć na smoczycę, w jego oczach lśniło uwielbienie, a nie wyzwanie. Chłopiec miał potencjał.

Niestety, rozwinięcie go zajmie czas, czas, którego teraz nie miała. Jeśli pozostałe węże miały zostać uratowane, ludzie będą musieli szybko pracować. Utkwiła spojrzenie w Brasie. Miała dość doświadczenia w kontaktach z ludźmi, by wiedzieć, że inni najpierw wysłuchają jego, a potem chłopca. Musiała przemówić przez niego.

– Mam dla ciebie zadanie, Brasie Khuprusie. Jest to zadanie najwyższej wagi. Aby się nim zająć, ty i twoi pobratymcy musicie odłożyć wszystko inne i dopóki nie zostanie wykonane, nie wolno wam myśleć o niczym innym.

Patrzył na nią z niedowierzaniem. Spośród ruin zaczęli wychodzić ludzie. Nie podchodzili zbyt blisko, lecz zatrzymywali się tam, gdzie mogli słyszeć słowa smoczycy, nie ściągając na siebie nadmiernej uwagi. Przyglądali się jej szeroko rozwartymi oczyma, równie gotowi do ucieczki, jak do radosnych okrzyków. Zastanawiali się, czy jest ich obrończynią, czy wrogiem. Pozwoliła im na to, skupiając swoją wolę na Brasie. On jednak się jej opierał.

– Teraz to ty nadajesz sobie znaczenie, które nie istnieje – oznajmił zimno. – Nie interesuje mnie wykonywanie żadnych zadań dla ciebie, smoczyco.

Jego słowa nie zaskoczyły jej. Przysiadła na tylnych łapach, górując nad nim. Rozpostarła skrzydła, jeszcze bardziej podkreślając swoją wielkość.

– A zatem nie interesuje cię życie, Brasie Khuprusie – poinformowała go.

Powinien struchleć. Nie struchlał. Roześmiał się.

– Tu masz rację, smoczyco Tintaglio. Nie interesuje mnie życie, i to za twoją sprawą. Kiedy pozwoliłaś Słodkiej odejść w śmierć, zabiłaś wszelki szacunek, jaki kiedykolwiek miałem dla ciebie. A więc rób sobie ze mną, co chcesz, smoczyco. Nigdy jednak nie nagnę karku do twego jarzma. Żałuję, że próbowałem cię oswobodzić. Lepiej, żebyś zginęła w ciemnościach, zanim ściągnęłaś na moją ukochaną śmierć.

Jego słowa nią wstrząsnęły. Nie chodziło tylko o to, że był wobec niej nieznośnie niegrzeczny; naprawdę stracił cały podziw, jaki dla niej niegdyś żywił. Ten żałosny mały dwunóg, istota kilku oddechów, chciała umrzeć w tej chwili, ponieważ… odwróciła łeb i przyjrzała mu się badawczo. Ach! Ponieważ wierzył, że pozwoliła umrzeć jego samicy. Słodkiej.

– Słodka nie jest martwa! – zawołała z niesmakiem. – Marnujesz emocje i górnolotne słowa na coś, co sobie wyobraziłeś. Odłóż podobne głupstwa na bok, Brasie Khuprusie. Zadanie, które musisz wykonać, jest o wiele ważniejsze niż parzenia się jednego człowieka. Zaszczycam cię przedsięwzięciem, które może ocalić całą moją rasę.

* * *

Smoczyca kłamała. Jego pogarda była bezbrzeżna. Sam zbadał rzekę z prądem i pod prąd na pokładzie „Pojętnego” i nie znalazł ani śladu ukochanej. Słodka nie żyje, a ta smoczyca go okłamywała, by się nagiął do jej woli. Spojrzał za nią pogardliwie. Niech go powali na miejscu. Nie odezwie się do niej już ani słowem. Uniósł podbródek, zacisnął zęby i czekał na śmierć.

Ale to, co zobaczył, kazało mu szerzej otworzyć oczy. Patrząc za Tintaglię, zauważył jakieś cienie podkradające się ukradkiem do niej wśród ruin. Poruszały się, przystawały, poruszały się znów i za każdym razem coraz bardziej zbliżały do smoczycy. Ich skórzane zbroje i warkocze świadczyły, że pochodzą z Krainy Miedzi. Zebrali siły mimo strzaskanych statków w porcie, mimo licznych ofiar śmiertelnych, i teraz z szablami i włóczniami w dłoniach, z toporami bojowymi trzymanymi w pogotowiu podchodzili do smoczycy. Usta Brasa wykrzywił ponury uśmiech. Odpowiadał mu taki obrót wypadków. Niech jego wrogowie walczą ze sobą nawzajem. Kiedy skończą, stanie do walki z tymi, którzy przeżyją. Obserwował zbliżających się ludzi i nic nie mówił, ale dobrze im życzył.

Ale do przodu rzucił się Grag Tenira z okrzykiem:

– Smoku, uważaj! Do mnie, Miasto Wolnego Handlu, do mnie!

I w obronie smoczycy zaatakował najeźdźców z Krainy Miedzi, jak głupiec prowadząc garstkę swoich zakrwawionych domowników.

Z szybkością atakującego węża smoczyca odwróciła się, by stawić czoło napastnikom. Rykiem dała upust wściekłości i nie bacząc, że przewraca na ziemię kilku swoich obrońców, zamachała wielkimi skrzydłami. Z szeroko rozwartą paszczą skoczyła ku mieszkańcom Krainy Miedzi. Tchnęła na nich. Bras nie widział nic ponad to, lecz skutki były przerażające. Twardzi wojownicy cofnęli się przed nią, krzycząc jak dzieci. W jednej chwili twarze ich wszystkich zalała krew, a zaraz potem ubrania i skórzane zbroje opadły w strzępach z ociekających czerwienią ciał. Niektórzy usiłowali uciekać, ale po kilku krokach potykali się i padali. Niektóre ciała padały na ziemię już w kawałkach. Ci, którzy znajdowali się najdalej od smoczycy, wycofywali się chwiejnym krokiem, ale zaraz padali z krzykiem na ziemię. Nawet ich krzyki nie trwały długo. Cisza, jaka zapanowała po cichnącym bulgocie, była ogłuszająca. Grag i jego ludzie stanęli jak wryci, bojąc się podejść do skrwawionych ciał.

Bras poczuł mdłości. Mieszkańcy Krainy Miedzi byli wrogami, podlejszymi od psów i nie zasługującymi na łaskę. Lecz widok jakiejkolwiek istoty ginącej taką śmiercią był rozdzierający. Ciała wciąż się rozkładały, traciły kształt i się rozpływały. Czyjaś głowa odroczyła się od kręgosłupa i legła na boku, podczas gdy z rozpadającej się czaszki wypływały tkanki. Tintaglia odwróciła ogromny łeb, by spojrzeć na Brasa. Jej oczy wirowały; czyżby jego przerażenie ją bawiło? Przed momentem powiedział jej, że już nie ceni sobie życia. To się nie zmieniło, ale wiedział też, że każda śmierć jest lepsza od tej, której właśnie był świadkiem. Napiął mięśnie, postanawiając umrzeć w milczeniu.

1 ... 99 100 101 102 103 104 105 106 107 ... 118
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)