Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Arka odkupienia. Tom 1: Zdrada [Redemption Ark - pl]
Arka odkupienia. Tom 1: Zdrada [Redemption Ark - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Arka odkupienia. Tom 1: Zdrada [Redemption Ark - pl]

Электронная книга - «Arka odkupienia. Tom 1: Zdrada [Redemption Ark - pl]». Краткое содержание книги:

Pięćdziesiąt lat temu interwencja ludzi obudziła obcą, uśpioną od wieków strukturę, stworzoną dawno temu po to, by ostrzegała o pojawieniu się istot inteligentnych w tym rejonie galaktyki. Teraz nastąpi reakcja. Kiedyś Clavain uciekł, by walczyć po stronie Hybrydowców — pewnego odłamu ludzi, uczestników zbiorowej świadomości, zbudowanej na modłę ula. Czterysta lat później, w końcowej fazie brutalnej wojny międzyplanetarnej, coś wywołało panikę wśród tajnego kierownictwa Hybrydowców. Gdy zrozumiano przyczynę nowego zagrożenia, Clavain planuje ponowną ucieczkę. Szuka dawno zaginionej infernalnej broni, która może wpłynąć na bieg wydarzeń. Wraz z grupą sprzymierzeńców Clavain leci na Resurgam — kolonię archeologiczną, która przeżywa kryzys. Dla dobra ludzkości zamierza odzyskać broń. Jego rozgoryczona rywalka Skade postawiła sobie inny cel i by go zrealizować, gotowa jest zmienić nawet samą rzeczywistość.
1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102
Перейти на страницу:

Czekał. Dopiero po jakichś czterech minutach zdał sobie sprawę, że są tu inne statki. Najwidoczniej wcześniej, po ataku, oddaliły się. Teraz zobaczył trzy, tak jak sądzili Perotet i Voi.

Miały czarne kadłuby ozdobione neonowymi czaszkami, oczyma i rekinimi zębami. Od czasu do czasu otwór dyszy wyrzucał sterujący impuls gazu, a błysk wydobywał dalsze szczegóły, obrysowując opływowe krzywe powierzchni przystosowanych do lotów w atmosferze, zakapturzone pyski wysuwalnych broni lub podwieszony na zawiasach sprzęt do abordażu. Broń można było wsunąć na miejsce i statki wyglądałyby dosyć niewinnie: opływowe zabawki bogatych dzieciaków. Z pewnością nie jak statki, które mogą się mierzyć z uzbrojonymi łodziami eskortującymi Konwencji.

Jeden z trzech banshee oderwał się od stada i zawisł nad Clavainem. W brzuchu kadłuba rozwarła się źrenicowato żółto oświetlona śluza. Szybko wynurzyły się z niej dwie postacie, czarne jak sam kosmos. Wystrzeliły ku Clavainovi i profesjonalnie wyhamowały, kiedy już, już miały się z nim zderzyć. Ich skafandry były jak ich okręty: pierwotnie cywilne, ale powiększone o pancerz i broń. Nie próbowano mówić do niego na kanale skafandra. Kiedy go oplątywano siecią i zabierano na pokład czarnego statku, słyszał tylko cichy, powtarzający się komunikat podosoby skafandra.

W śluzie na brzuchu statku było akurat miejsce dla trzech osób. Clavain szukał oznaczeń na skafandrach towarzyszącej mu dwójki, ale nawet z bliska były one doskonale czarne. Wizjery przyłbic zostały zaciemnione, więc dostrzegał jedynie sporadyczne błyski oczu.

Wskaźniki statusu jego skafandra znowu się zmieniły, informowały o powrocie ciśnienia powietrza na zewnątrz. Wewnętrzne drzwi otwarły się źrenicowato. Wepchnięto go do głównej części czarnego statku. Para w skafandrach poszła za nim. Kiedy weszli, ich hełmy odłączyły się automatycznie i pofrunęły do punktów składowania. Dwaj mężczyźni wprowadzili go na pokład. Mogli być bliźniakami — nawet ich złamane nosy wyglądały identycznie. Jeden miał brew przekłutą złotym kolczykiem, drugi miał kolczyk w płatku ucha. Obydwaj byli łysi, z wyjątkiem cieniutkiej linii ufarbowanych na zielono włosów, która dzieliła ich czaszki od skroni do karku. Nosili panoramiczne szylkretowe gogle i u żadnego z nich nie było ani śladu ust.

Ten z kolczykiem w brwi pokazał gestem Clavainowi, że powinien zdjąć hełm. Clavain pokręcił głową — nie chciał tego robić bez pewności, że otaczające go powietrzu jest zdatne do oddychania. Mężczyzna wzruszył ramionami i sięgnął po zawieszony na ścianie przedmiot — jasnożółtą siekierę.

Clavain podniósł dłoń i zaczął majstrować przy zatrzasku demarchistowskiego skafandra. Nie mógł znaleźć mechanizmu odpinającego. Po chwili mężczyzna z kolczykiem w uchu pokręcił głową i odsunął na bok dłoń Clavaina. Pracował przy zamknięciu, a cichy głos w uchu Clavaina stał się ostrzejszy, bardziej natarczywy. Większość displejów statusu zamigotała na czerwono.

Hełm odłączył się z sykiem powietrza. Clavainowi zatkały się uszy. Ciśnienie na czarnym statku niezupełnie odpowiadało normom Demarchistów. Oddychał zimnym powietrzem, jego płuca pracowały ciężko.

— Kim jesteście? — zapytał, kiedy znalazł w sobie energię na wypowiedzenie słów.

Mężczyzna z kolczykiem w brwi odwiesił na ścianę żółtą siekierę. Przeciągnął palcem po gardle.

Potem inny głos, ten którego Clavain nie rozpoznawał, powiedział:

— Cześć.

Clavain rozejrzał się. Trzecia osoba miała na sobie skafander, ale znacznie zgrabniejszy niż skafandry kumpli. Nawet w kosmicznym ubraniu udawało jej się zachować smukłą i szczupłą sylwetkę. Zawisła we framudze drzwi w ściance działowej, spokojna, z głową lekko przechyloną na bok. Być może wskutek gry świateł na jej twarzy Clavainowi wydało się, że widzi widmowe ostrza wyblakłej czerni na tle doskonałej bieli skóry.

— Mam nadzieję, że Gadatliwe Bliźniaki dobrze pana traktowały, panie Clavain.

— Kim pani jest? — powtórzył Clavain.

— Jestem Zebra. To oczywiście nie jest moje prawdziwe nazwisko. Nigdy nie będzie panu potrzebna znajomość mego prawdziwego nazwiska.

— Kim pani jest, Zebro? Czemu to pani robi?

— Ponieważ mi kazano. Czego się pan spodziewał?

— Nie spodziewałem się niczego. Próbowałem… — Przerwał, by zaczerpnąć tchu. — Próbowałem zbiec.

— Wiemy o tym.

— My?

— Wkrótce się pan dowie. Niech pan idzie ze mną, panie Clavain. Bliźniaki, przypnijcie się i przygotujcie na ostre przyśpieszenia. Zanim wrócimy na Yellowstone, Konwencja zaroi się jak stado much. Podróż do domu będzie interesująca.

— Nie jestem wart śmierci niewinnych ludzi.

— Nikt nie zginął, panie Clavain. Dwie łodzie Konwencji, które zniszczyliśmy, były bezzałogowe, sterowane z trzeciej. Uszkodziliśmy trzecią, ale jej pilot nie doznał obrażeń. I ostentacyjnie unikaliśmy niszczenia promu Zombi. Ciekaw jestem, czy do wyjścia na zewnątrz pana zmusili?

Poszedł za nią przez ściankę działową na pokład załogowy. O ile Clavain się zorientował, była tam tylko jeszcze jedna osoba: pomarszczony starzec wpięty w fotel pilota. Nie miał na sobie skafandra, kontrolki trzymał plamiastymi ze starości rękami przypominającymi chwytne gałązki.

— A jak wam się wydaje? — spytał Clavain.

— Mogli to zrobić, ale sądzę, że najprawdopodobniej to pan zdecydował się wyjść.

— To teraz nie ma znaczenia. Macie mnie.

Stary człowiek spojrzał na Clavaina jedynie z przelotnym zainteresowaniem.

— Wchodzimy normalnie, Zebro, czy wracamy długą drogą?

— Leć normalnym korytarzem, ale bądź gotów do zboczenia z kursu, Manoukhian. Nie mam zamiaru znowu potykać się z Konwencją.

Manoukhian — choć mogło to być nieprawdziwe nazwisko — skinął głową i nacisnął zrobione z kości słoniowej drążki sterowe.

— Niech goście się przypną. Ty też, Zebro.

Prążkowana kobieta kiwnęła głową.

— Bliźniaki? Pomóżcie mi wpiąć pana Clavaina.

Dwaj mężczyźni przesunęli odzianego w skafander Clavaina do wyprofilowanego fotela akceleracyjnego. Poddał się, zbyt słaby, żeby się opierać. Zbadał umysłem cybernetyczne środowisko pojazdu i choć jego implanty wyczuły trochę wymiany danych przez sieć sterowniczą, nie było tam nic, na co mógłby wpływać. Ludzie również znajdowali się poza jego zasięgiem. Nie sądził nawet, by któryś z nich miał implanty.

— Jesteście banshee? — spytał Clavain.

— Coś w tym rodzaju, ale niezupełnie. Banshee są bandą brutalnych piratów. My załatwiamy sprawy nieco subtelniej. Ale dzięki ich istnieniu mamy przykrywkę niezbędną do naszych działań. A pan? — Uśmiechnęła się, pasy na jej twarzy zebrały się w pęk. — Czy naprawdę jest pan Nevilem Clavainem, Rzeźnikiem z Tharsis?

— Nie słyszeliście tego ode mnie.

— Tak powiedział pan Demarchistom. I tym dzieciakom w Kopenhadze. Widzi pan, mamy wszędzie szpiegów. Niewiele nam umyka.

— Nie mam dowodu, że jestem Clayainem. Ale z drugiej strony, czemu miałbym to udowadniać?

— Myślę, że to pan — oświadczyła Zebra. — W każdym razie mam taką nadzieję. Gdyby okazał się pan oszustem, byłoby to ogromne rozczarowanie. Mój szef nie byłby szczęśliwy.

— Pani szef?

— Lecimy na spotkanie z tym człowiekiem — wyjaśniła Zebra.

1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)