Małe, duże [Little, big - pl]
- Автор: Краули Джон
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-024-8
- Переводчик: Beata Horosiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Małe, duże [Little, big - pl]». Краткое содержание книги:
Aby przywrócić równowagę światu bohaterowie powieści podejmują próbę ponownego zawiązania tej więzi.
Odczekali chwilę, lecz nad budynkiem nie wznosiły się wijące dymy, syreny nie wyły jak w czasie katastrofy, a sklepikarze, włóczędzy i przestępcy spieszyli gdzieś w swoich sprawach, nie zaalarmowani, nieporuszeni. Na ich twarzach malowały się tylko ich własne troski i grzechy.
Sylvie i Auberon, przytuleni do siebie, powlekli się ciężkim krokiem do Starej Farmy. Oboje odnieśli wrażenie, że ten nagły wybuch miał ich rozdzielić (dlaczego? jak?) i prawie mu się to udało. Mógł powrócić w każdej chwili.
Co za plątanina
— Jutro — powiedziała Tacey, obracając ramę do haftowania — albo pojutrze, albo popojutrze.
— Och — powiedziała Lily. Ona i Lucy pochylały się nad zwariowaną kołdrą uszytą z niesymetrycznych kawałków i pokrywały jej powierzchnię ściegami, kwiatami, krzyżykami, supełkami i esami-floresami. — W sobotę albo w niedzielę — dodała Lily.
W tym momencie przyłożono zapałkę do armatniego zapłonu (prawdopodobnie przez przypadek, potem wynikną z tego pewne kłopoty) i wybuch, który Sylvie i Auberon słyszeli czy odczuli w Mieście, wstrząsnął Edgewood. Zadrżały szyby w oknach, zabrzęczały ozdobne drobiazgi na etażerkach, roztrzaskała się porcelanowa figurynka w starej sypialni Violet, a siostry schyliły głowy i podniosły ręce, żeby się osłonić.
— Co u diabła — powiedziała Tacey. Popatrzyły jedna na drugą.
— Grzmot — zauważyła Lily — piorun w środku zimy albo coś innego.
— Odrzutowiec — stwierdziła Tacey — przekroczył barierę dźwięku. Albo coś innego.
— Dynamit — orzekła Lucy. — Gdzieś na granicy stanów. Albo coś innego.
Zamilkły na chwilę i pochyliły się ponownie nad robótką.
— Zastanawiam się — powiedziała Tacey, częściowo zwrócona do nich plecami, podnosząc wzrok znad robótki. — No cóż — dodała i wzięła inną nitkę.
— O nie — powiedziała Lucy. — Śmiesznie to wygląda — oceniła krytycznie ścieg, który Lily zaczęła wyszywać.
— To zwariowana kołdra — zauważyła Lily.
Lucy przyglądała się siostrze i drapała po głowie bez przekonania.
— To nie znaczy, że musi być śmieszna — stwierdziła.
— Zwariowana i śmieszna — Lily nie przerywała pracy. — To duży zygzak.
— Cherry Lake… — powiedziała Tacey, trzymając igłę pod światło ledwo przenikające przez okna, które już nie drżały — myślała, że dwóch chłopaków się w niej kochało. Parę dni temu…
— Czy to ten Wolf? — spytała Lily.
— Parę dni temu — ciągnęła Tacey, przeciągając zieloną jedwabną nitkę przez ucho igielne za pierwszym razem — ten Wolf pobił się okropnie z…
— Rywalem.
— Z trzecim chłopakiem. Cherry nawet o tym nie wiedziała. To było w lesie. Ona jest…
— Trzej — zaśpiewała Lucy i gdy powtórzyła „trzej” po raz trzeci, dołączyła do niej Lily, śpiewając o oktawę niżej: — Trzej, trzej rywale, dwaj, dwaj chłopcy malowani, na zielono ubrani.
— Ona jest — powiedziała Tacey — naszą kuzynką, w pewnym sensie.
— Jeden to jeden — śpiewały jej siostry.
— Nie będzie miała żadnego — dodała Tacey.
— …sam jak palec, i już na zawsze tak pozostanie.
— Lepiej weź nożyczki — zauważyła Tacey, patrząc, jak Lucy pochyla głowę nad robótką, żeby przegryźć nitkę.
— Pilnuj swojego…
— Interesu — dokończyła Lily.
— Nosa — powiedziała Lucy.
Znowu zaczęły śpiewać: czterej ewangeliści.
— Zwiali — powiedziała Tacey. — Cała trójka.
— Nigdy nie wrócą.
— W każdym razie nie tak szybko. To prawie tak jak nigdy.
— Auberon…
— Pradziadek August…
— Lilac.
— Lilac.
Igły błyszczały, gdy nitki były naprężone. Po każdym przeciągnięciu przez materiał nitki stawały się coraz krótsze, aż wreszcie pozostawały całe we wzorach na tkaninie i trzeba było je uciąć, po czym przeciągnąć następne przez ucho igielne. Siostry rozmawiały tak przyciszonymi głosami, że słuchacz nie wiedziałby, która co powiedziała, nie wiedziałby nawet, czy w ogóle rozmawiały, czy tylko wydawały pomruki bez znaczenia.
— Będzie zabawnie — powiedziała Lily — znowu ich zobaczyć.
— Wszyscy przyjadą do domu.
— Na zielono ubrani.
— Będziemy tam? Czy wszyscy tam będziemy? Gdzie to będzie? Kiedy? W której części lasu? O jakiej porze roku?
— Będziemy.
— Prawie wszyscy.
— Tak, niedługo, w każdej części lasu, w środku lata.
— Co za plątanina — powiedziała Tacey, trzymając w górze kłębek nici wyjętych z pudełka, w którym dziecko albo kot narobiło bałaganu. Jedwabna nitka, czerwona jak krew, splątana była z czarną bawełną do cerowania i motkiem owczej wełny, jedną czy dwiema szpilkami i kawałkiem materiału nabijanego cekinami, który dyndał na końcu nitki jak opuszczający się pająk.
III
Usłyszała melodię w lesie Elmonda i zapragnęła się tam znaleźć.