Boża maszyneria [The Engines of God - pl]
- Автор: Макдевит Джек
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7180-650-7
- Переводчик: Kinga Dobrowolska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Boża maszyneria [The Engines of God - pl]». Краткое содержание книги:
Licz na Janet i Franka, że potrafią usunąć się z drogi.
— Nie podnoście się — powiedziała. Zwolniła zamek pokrywy i uniosła ją w górę.
Już prawie jest.
Carson krzyknął. Rozłączyła się. Nie wolno się rozpraszać. Nie teraz.
Obejrzała się na mur za sobą. Trzymać się środka.
— Już jestem, Janet — szepnęła.
Uderzyła raz, podskoczyła w powietrze. Przy odrobinie szczęścia kraby będą wiały gdzie pieprz rośnie. Zrób to jak należy. Drugiej okazji nie będzie.
Wsporniki osiadły na murze.
Siedzą.
Przyhamowała silniki, tablice rozbłysły na zielono, a ona chwyciła pulser i wyskoczyła na skrzydło.
— Idziemy!
Janet już złapała za drabinkę. Usmarowana pyłem i krwią, z dzikim spojrzeniem. Hutch nie siliła się na delikatność — złapała ją za ramię, szarpnęła w górę i wepchnęła do kabiny pilota. Potem ruszyła po Carsona. Nie widać go. A na dole jednak były kraby — przewalały się ciasno, jeden przy drugim. Wtedy usłyszała go i zobaczyła rękę, usiłującą sięgnąć bocznego skrzydła po drugiej stronie wahadłowca.
— Idę! — rzuciła krótko.
Wybrała najkrótszą trasę — zamiast zawrócić do kabiny, przepełzła po osłonie silnika. Kiedy dotarła na miejsce, ręki już nie było. Carson leżał na ziemi, tuż przy krawędzi muru i opędzał się kijem od szczękającej, kłującej hordy.
Wołał ją po imieniu.
Skrzydło wyciągało się nad przepaść.
— Skacz, Frank — rzuciła. Rozciągnęła się na brzuchu i przytrzymała stopą właz, żeby uzyskać jakiś punkt zaczepienia. — Zrób to…
Rzucił jej rozpaczliwe spojrzenie. Jeden ze stworów wbił się w jego udo. Carson skoczył, wyrzucając oba ramiona w kierunku skrzydła. Próbowała złapać go za spodnie, żeby wywindować go w górę, ale musiała uważać na rąbek koszuli, na żebra, i nie mogła dobrze uchwycić.
Uczepił się desperacko gładkiego metalu. Hutch traciła siły, czuła że spada, już do połowy wychylona za skrzydło.
„Janet…”
A Janet była na miejscu. Wyższa od Hutch — dłuższa — łatwiej dobrnęła do krawędzi, wychyliła się i w ostatniej chwili wciągnęła go z powrotem. Wciągnęła ich oboje.
Przez całe następne lata nie byłem w stanie mówić ani pisać o tamtej straszliwej nocy. A miał to być przecież nasz dzień chwały — szczytowy moment w całej karierze. Bóg mi świadkiem, że czułem się zupełnie bezpieczny, kiedy tam wyruszaliśmy. Byliśmy dobrze uzbrojeni. I znaleźliśmy się w świecie, który całkiem niedawno należał do wielkiej cywilizacji. Nie wierzyłem, żeby mogły tam przetrwać jakieś szczególnie groźne drapieżniki.
Niemniej jednak nie przedsięwziąłem należytych środków ostrożności. Kosztowało to nas życie dwojga najlepszych ludzi, jakich kiedykolwiek znałem.