Popioły
- Автор: Жеромский Стефан
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Fundacja Nowoczesna Polska
- Жанр: Классическая проза
Электронная книга - «Popioły». Краткое содержание книги:
Rafał Olbromski ma wszystkie wady i zalety polskiego szlachcica. Odważny, lecz także gwałtowny. Uparcie dąży do celu, tyle że często jest to jedynie słomiany zapał. Indywidualista. Przez brak zdyscyplinowania usunięty ze szkoły, nie potrafi znaleźć sobie miejsca. Kocha się namiętnie w kobietach, ale nie umie utrzymać żadnej przy sobie. Jest za to doskonałym żołnierzem – walecznym, o nieprzeciętnym harcie ducha. Siłę swojego patriotyzmu sprawdzi podczas zażartych bojów toczonych na początku XIX w. o niepodległość Polski i… wielkość budowanego przez Napoleona imperium francuskiego.
„Popioły” Stefana Żeromskiego to powieść pełna zgiełku bitewnego, glorii zwycięstwa, ale też goryczy przegranej i niepotrzebnej bohaterszczyzny. Legiony Dąbrowskiego, kampania włoska, podbój Hiszpanii, wojna 1809 r. to chwalebna walka o suwerenność ojczyzny czy raczej ograniczanie wolności innych narodów?
Żołnierka widziana okiem Żeromskiego jest okrutnym rzemiosłem. Naturalistyczne, niemal turpistyczne opisy w wielu partiach powieści kontrastują z ulotnymi, poetyckimi obrazami. Te zaskakujące zestawienia nadają utworowi niebywałą siłę wyrazu, a rzeczywistość wojenna w nim ukazana porusza głęboko swoim tragizmem.
— Witam i ja pana posła, dobrodzieja mojego, mentora… Jakże cenne zdrowie?… — krzyczał wyskakując z bryczki.
— Pan hrabia łaskawość swoją roztaczać raczy jako to słońce. Miło mi jest ogrzać się w promieniach łaski.
— Pan poseł siwiejesz nie na żarty…
— Z trosków o dobro pańskie… cha, cha… Ośmielę się zapytać nawzajem o zdrowie… choć to od jednego rzutu oka widać, że tyjemy na niemieckim chlebie…
— Czy być może?
— Prawdę mówię. Zupełny butrym!
— Cha, cha!… — śmiał się Krzysztof stając naprzeciwko i biorąc się pod boki.
— Jakże się cieszę!
— Pozwoli pan poseł dobrodziej, że mu przedstawię przyjaciela a najbliższego socjusza od serca, kolegę z lat szkolnych, i że poproszę dla niego o gościnę w Stokłosach. Jest to imć pan Rafał Olbromski. Rafałku — imć pan Szczepan Nekanda Trepka, ci-devant posiadacz wielkiej fortuny, którą na polityczne interesa przefacjendował, prawie poseł na sejm, wielki peregrynant, wolterianista, encyklopedyk, tudzież szyderca z rzeczy, że się tak wyrażę…
— Cieszę się mocno z poznania przyjaciela pana hrabiego i służby moje pokorne polecam. Zarazem muszę zaprzeczyć nadawanej godności: nigdy w izbie poselskiej nie byłem.
— Ale mogłeś być. Był wybrany… Ale uważasz, upór, coś tego… cyrkumstancje…
— Zbyt wysoka godność jak na chudopacholski rozumek. Nec sutor… A co do uporu, to może i prawda. Twarde łby i karki rodziła nasza ziemia lubelska. Proszę pokornie do pokojów.
Weszli do izb wybielonych wapnem, o małych oknach i wielkich belkach podtrzymujących powałę. Stare, drewniane sprzęty, bardzo dawne karła, stoły, ławy i szafy były w porządku utrzymane. Krzysztof Cedro zrzucił płaszcz z ramion i objął Trepkę serdecznie a czule. Śmieli się obadwaj do rozpuku, leżąc w ramionach.
— Długo też pan hrabia myśli zabawić w tej dziurze?
— O, długo, stary adherencie diabłów, bardzo długo! Włazimy ci na kark obadwaj oto z Rafciem. Będziemy gospodarowali. Bierzemy się do roli.
— Pan hrabia także!
— Sądzisz może, Szczepanku, że tylko ty masz prawo do gospodarki na roli dlatego właśnie, żeś swoją lekkomyślnie puścił z dymem?
— E, cóż tam moje sądy! Oto przyjaciel pana hrabiego mógłby w istocie myśleć, żem wielką jakowąś fortunę diabłom przyniósł w ofierze. Bynajmniej! Mierna to była, pośrednia fortunka szlachecka. Fenomena klimatyczne tudzież inne zmniejszyły jej okrągłość, a ostatecznie lubelski upór popchnął wyż wzmiankowaną Wólkę z przyległościami nad nieprzyjemną rzekę Kocytus. Dziś nie masz dla mnie nic z niej innego okrom pragnienia, ażeby teraźniejszy właściciel udławił się jej dochodami. Oto wszystko.
— Nie wszystko. Opowiedz historycznie.
— Treść niewarta formy. Chyba na rozkaz hrabiowski. Byłem właśnie w stadium peregrynacji po obcych krajach, kiedy z mego dziedzictwa zostało jeno pewne quantum druków, traktujących o uzdrowieniu tego, co już było na dobre strupieszało w grobie. Wówczas ten oto tutaj przytomny rodak, imć pan Krzysztof Cedro, spotkawszy mię w ciężkiej opresji na ringach wiedeńskich, zaprosił po sąsiedzku. Chodź, prawi, stary włóczykiju, na rezydenta do Stokłosów… Poszedłem volens nolens. Co większa, fomalów posłał aż do Wólki i ze starego lamusa zabrane kazał przywieźć dwa półkoszki druków oraz skryptów do tego oto Tusculum. Słyszane rzeczy? Przybywszy ja zaś personaliter, aby pożegnać paterna rura i zapłakawszy…
— Tyś zapłakał, szyderco!…
— A obaczywszy siedzącego w pradziadowskim gnieździe szczygiełka udałem się za książkami i razem z nimi znalazłem gościnę…
— Żebyż to gościnę! Zaczął się tu, Rafałku, rządzić jak szara gęś! Włada majątkiem, wtrąca się w interesa całego dominium, rachuje nas jak fiskus, akcydensa wydziela jak skąpy dziadzio. Toż z Wiednia musiałem go zasypywać słodkimi listami, żeby mi przysłał choć parę czeskich na makagigi. Pędza nam mandatariuszów tak dalece, że ani jeden wytrwać przy nim nie może…
— Przesada!
— W sztuce ekscytowania pejzanów przeciwko zwierzchności gruntowej przeszedł samych urzędników krajzamtu. Chaty im buduje z pałacowatymi oknami, felczerów sprowadza, gdy się w karczmie pokrwawią, dni na pańskim zmniejszył usque ad absurdum…
Trepka cmokał ustami.
— Ale co najzabawniejsza… cha, cha!… szkołę umyślił wybudować tu w Stokłosach. Sam powiedz, Rafałku, mogęż pozwolić na takie marnowanie mienia? Sam ja tu teraz popatrzę na twoje sprawki!
— Naprzód trza było waści same sprawki obaczyć we wzorze. Ale tego w Wiedniu nie znajdzie.
— A gdzież to trza jeździć, żeby obaczyć? Do Paryża?
— Nie, na honor, tylko do Puław, do Włostowic, do Pożoga, do Końskowoli, Celejowa… cha, cha!… — śmiał się Trepka.
— Cóż bym zobaczył w owej Końskowoli?
— Wielką kulturę. Jak mamę kocham! Wielką polską kulturę… Warsztat pracy dawno już rozpoczęty, a sprawki dokonane. No, ale po temu trza być wielkim panem… Mały panek polski szuka, czego nie zgubił, po całym świecie, a jeśli co znajdzie, to…
— Tytuł hrabiowski… — rzekł Cedro do Rafała.
— A waszmość również z Wiednia zstępujesz w te powiaty? — zapytał Rafała.
— Nie, on nie z Wiednia, tylko z Warszawy.
— Reprezentanci dwu stolic na mnie jednego. Eheu me miserum!
— A jakże też pan hrabia myśli brać się do roli, jeśli spytać wolno?
— Rękami, chudopachołku, rękami i nogami.
— Nowe jakieś podrygi mody wiedeńskiej?
— Niech sobie będzie…
— Pewnie jaki Turn-Taxis zakopał się w swoich folwarkach i teraz moda runęła na młodzież.
— Jakbyś wiedział. Powinieneś chodzić po odpustach i zbierać cwancygiery za prorokowanie.
— Kiedyż znowu z powrotem do naddunajskiej stolicy?
— Nic nie wiadomo. Aj, Nekando, Nekando! żebyś ty wiedział…
— Do diaska!… Cóż takiego?
— Żebyś ty wiedział, jak ja jestem znudzony. Powiedz no mi, braliście też już psy w pole?
— Tędy go wiedli!…
— Mówże!
— Brać się brało.
— Lotkę?
— Była Lotka, był i Doskocz.
— Któż jeździł?
— Ja, nie chwalący się, i Grzesik.
— Powiedzże, na czymże ty jeździłeś?
— Na karym.
— Mój koń kochany! Chodzi?!
— Chodzić chodzi!
— A czy ja z moimi ślepiami nie zwalę się z niego pierwszego dnia?
— Koń uważny, mądry… Reszta zależy od jeźdźca.
— A w której też stronie zakładaliście?
— Od Jałowcowego Smugu ku Bielom.
— Paradne pole! Rafciu, będziemy szaleć co się nazywa! Powiesz mi, co myślisz o moich chartach…
— Charty! — zapalił się Trepka, aż mu oczka zabłysły — charty lekkie jak upiory!
— No, mości panie pośle, cóż tam teraz badasz, studiujesz? Powiedz prawdę.
— Pan hrabia przybywasz z jednej ze stolic świata i mnie, chudeusza, wypytujesz o nowiny? Toż ja winien bym dowiadywać się czegoś nowego!
— Wiesz dobrze o mnie, że nie jestem szczurem książkowym; więc czego się ze mną droczysz! Jeżeli chcesz nowin, to ci o jednej wspomnę; przywiozłem ci w darze taki sztucer dziwerowany, jakiego jeszcze twoje oko nie oglądało na tym padole. Teraz na ciebie kolej. Mów, co czytasz?