Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl]
Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl]

Электронная книга - «Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl]». Краткое содержание книги:

Powieść będąca prequelem do całego cyklu „Droga przez Układ Słoneczny”. Ambicją młodego inżyniera, Dana Randolpha, jest zapewnienie uzależnionej odbliskowschodniej ropy Ameryce alternatywnego źródła energii. Eksploatacjazbudowanego przez Dana satelity energetycznego będzie jednak opłacalnatylko pod warunkiem wykorzystywania taniego środka transportu na orbitę, aprototyp wahadłowca ulega katastrofie podczas lotu próbnego. Wiele poszlakwskazuje, że ktoś dokonał sabotażu. Kto stoi za tą zbrodnią? Międzynarodowekoncerny naftowe czy arabscy fundamentaliści? Firma Dana, AstroCorporation, stoi na skraju przepaści. Skąd może nadejść ratunek? Czy od Saito Yamagaty, którego koncern również inwestuje w energię ze Słońca? Amerykańskich koncernów naftowych, które zastawiają się nad inwestowaniem winne źródła energii?
1 ... 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103
Перейти на страницу:

— Pewnie, że nie.

— To po co ta gadka o samobójstwie?

— Ja już nie żyję, chłopie. Rak. Tylko kwestia czasu.

— Więc chciałeś zyskać sławę przed śmiercią? O to chodzi? Wiłliamson posłał mu krzywy uśmiech.

— Mam żonę i dzieci. Muszę im zapewnić byt. To był mój plan emerytalny.

Na twarzy Dana pojawił się wyraz zrozumienia.

— Emerytalny? Naprawdę? Opowiedz coś więcej.

— A po co, do cholery?

Dan uśmiechnął się od ucha do ucha.

— Bo jestem chciwym jankeskim kapitalistą i dam ci dwa razy tyle, ile ci obiecali.

USS HARRYS. TRUMAN

Potężny lotniskowiec pruł fale Morza Śródziemnego, a jego kapitan i oficer operacyjny tkwili pochyleni nad wyświetlaczem stołowym wraz z dowódcą oddziału szturmowego okrętu; na ich twarze padała poświata z elektronicznego ekranu. Na ekranie widać było obraz satelitarny, przedstawiający willę na szczycie wzgórza w pobliżu Marsylii. Dowódca miał na sobie zielony kombinezon, a dwaj pozostali oficerowie — brązowe mundury tropikalne.

— To supertajna operacja — mówił kapitan. — Na zlecenie samego Ministerstwa Obrony. Tylko my trzej o niej wiemy.

— A mój strzelec pokładowy? — spytał dowódca oddziału.

— Twój strzelec pokładowy siedzi na tylnym siedzeniu i robi, co do niego należy — odparł stanowczo oficer operacyjny. — Nie musi wiedzieć, gdzie leci pocisk.

— Jak dla niego, to będzie to po prostu test broni. Nic więcej — rzekł kapitan. — Nie możesz wlecieć trzydzieści kilometrów w obszar powietrzny Francji.

— Tak jest. Będę leciał tuż nad falami, żeby nas radary nie złapały.

— Masz pół godziny na dostanie się do punktu odpalenia — rzekł oficer operacyjny. — Obowiązuje cisza radiowa, ale masz pozostawać na nasłuchu na wypadek odwołania rozkazu.

— Nawigacja satelitarna przez cały czas? — spytał dowódca.

— Tak. Żadnego kontaktu ze statkiem po starcie — rzekł oficer operacyjny.

— A pocisk po wystrzeleniu będzie naprowadzany z satelity?

— Tak będzie lepiej.

Trzej mężczyźni wyprostowali się. Dowódca oddziału uśmiechnął się radośnie.

— Matko Boska, żabojady dostaną szału. Kapitana to nie rozśmieszyło.

— Jeśli zrobimy wszystko, jak trzeba, Francuzi będą myśleć, że grupa terrorystów została zaatakowana przez konkurencję. A przynajmniej taką opowiastkę zaserwują im nasi spece.

— Mam nadzieję, że się uda — rzekł dowódca.

— Róbcie, co do was należy — powiedział oficer operacyjny.

— Niech politycy w Waszyngtonie zajmą się resztą.

— Tak jest — dowódca oddziału zasalutował zgrabnie, po czym odwrócił się i ruszył do samolotu, który z zapalonym silnikiem czekał na niego na stanowisku katapultowania.

Al-Baszyr nalał szampana do dwóch wąskich kieliszków. Aprił usłyszała nieśmiałe pukanie do drzwi sypialni.

Z rozdrażnioną miną al-Baszyr wrzucił butelkę z szampanem do wiaderka i podszedł do drzwi. Uchylił je na parę centymetrów; April dostrzegła na korytarzu łysego mężczyznę o okrągłej twarzy. Wyglądał na zaniepokojonego. Dwaj mężczyźni zaczęli szybko rozmawiać — najwyraźniej po arabsku.

Al-Baszyr zamknął drzwi i wrócił do April z pociemniałą twarzą.

— Wygląda na to, że wasz prezydent uszedł z życiem — rzekł, krzywiąc się. — Ale zginęło ponad tysiąc Amerykanów, a satelita został wyłączony.

— Wy to zrobiliście? — spytała April, nadal siedząc na łóżku. Czuła, że brak jej tchu i robi jej się słabo.

— Tak — odparł al-Baszyr i uśmiechnął się. — Z małą pomocą naszych przyjaciół, jak śpiewali wasi Beatlesi.

— ADan?

— Randolph? Oczywiście, zostanie obwiniony o spowodowanie katastrofy. Jego satelita energetyczny zostanie przeklęty na wieki. I nikt nie będzie wiedział, że to nasza robota.

— Wasza robota? Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

— Tak, moja. A ty nie wracasz do Stanów. Lecisz ze mną do Tunisu.

— Ale ja nie chcę…

— To, czego chcesz, jest bez znaczenia. Obiecałem sobie małą nagrodę po zakończeniu akcji z satelitą i właśnie ty nią jesteś.

Podał jej kieliszek z szampanem.

Aprił przez długą chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Uśmiecha się, pomyślała. Właśnie zabił tysiące ludzi i uśmiecha się. Zrujnował Dana, skompromitował ideę satelity energetycznego i z tego powodu tak się cieszy.

Wstała, zaskoczona, że może ustać na nogach i nie trząść się. Bez słowa podeszła do al-Baszyra i wzięła od niego kieliszek.

— Spodoba ci się w moim domu w Tunisie. Jeśli tylko będziesz grzeczna, będziesz miała wszystkie luksusy.

— Wszystkie luksusy z wyjątkiem wolności — mruknęła April.

Cmoknął z dezaprobatą.

— Wy, Amerykanie, zawsze tyle gadacie o wolności.

— Zgadza się.

— Ciesz się życiem, śliczna. Przy mnie będzie ci o wiele lepiej niż w tym nieszczęsnym Teksasie.

April sączyła szampana i zastanawiała się intensywnie. Jestem nagrodą za zniszczenie Dana. Jestem jego zdobyczą. Schwytał mnie i będę musiała zrobić, co mi każe.

Al-Baszyr odstawił kieliszek na pokryty adamaszkiem wózek i zaczął odkrywać naczynia.

— O, widzisz? Stek na kolację, zupełnie jak w Teksasie. Jak u mamy.

Wahadłowiec zadygotał, gdy Adair wykonał pierwszy ze skrętów na dużej wysokości, których zadaniem było wytracić prędkość przed lądowaniem. Przynajmniej mamy za sobą najgorszą część wejścia w atmosferę, pomyślał Dan. Wszyscy siedzieli na swoich miejscach, przypięci do foteli, a rozgrzany wahadłowiec pędził przez atmosferę, zostawiając za sobą piękną smugę, jak meteor.

Dan włożył znów hełm, by móc połączyć się przez radio z Matagordą. Williamson siedział przy nim z nieco mniej odpychającą miną; Dan obiecał mu najlepszą opiekę lekarską w Stanach i oszałamiającą polisę ubezpieczeniową dla rodziny, w zamian za wyznanie wszystkiego FBI.

Głos Van Buren brzmiał, jakby była bliska łez.

— Dan, zginęły tysiące ludzi. Usmażyli się żywcem. Cały czas mówią o tym w telewizji.

— A senator Thornton?

— Nie wiem. Nie wspominali o niej. Prezydentowi nic się nie stało.

— Możesz do niej zadzwonić?

— Rozmawiałam z nią, kiedy to wszystko się zaczęło — odparła Van Buren — a potem łączność zanikła.

Po dwakroć do piekła i z powrotem, zżymał się Dan. Z Jane musi być wszystko w porządku. Skoro prezydentowi nic nie jest, z życiem uszły też wszystkie VIP-y, które stały przy nim. Nic jej nie jest. Nie zabili jej. Wszystko gra.

Tak bardzo chciałby mieć pewność.

MARSYLIA

— Francuzi nazywają to antrykotem — wyjaśnił al-Baszyr, odsuwając krzesło dla April. — O wiele lepsze niż te wasze teksańskie steki.

April usiadła przy stoliku na kółkach i spojrzała na postawione przed nią jedzenie. Stek z jakimś sosem. Jarzyny. Na oddzielnym, małym talerzyku sałatka. Sztućce wyglądały na srebrne. Podniosła widelec. Tak, był ciężki.

— Pewnie umierasz z głodu — al-Baszyr usiadł po drugiej stronie stolika. — Łap się, jak to wy, Amerykanie, mówicie.

April przeżuła trochę sałatki, odkroiła kawałek mięsa i spróbowała go zjeść. Nie miała w ogóle ochoty na jedzenie.

Al-Baszyr odłożył sztućce i spojrzał na nią przez stół.

— Rozumiem — rzekł cicho. — Wszystko wydaje ci się dziwne, a nawet trochę przerażające.

1 ... 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)