Brama mroku I krąg światła
- Автор: Huff Tanya Sue
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Brama mroku I krąg światła». Краткое содержание книги:
– O cholera. – Roland stanął gwałtownie i wybałuszył oczy.
Pierwszy gargulec ponownie skamieniał, a drugi warknął na niego z góry.
– Chodźmy. – Rebecca pociągnęła go za ramię. – Ja wiem, dokąd idzie Iwan.
Podążyła w stronę frontu budynku, Roland szedł blisko niej, choć przeszkadzał mu fakt, że w ogóle nie patrzył pod nogi. Nie mógł oderwać oczu od maszkaronów, które ożywały jeden po drugim wzdłuż ich drogi. Pozwolił, żeby Rebecca prowadziła go drogą wokół małego klombu i ledwo uniknął z nią zderzenia, gdy stanęła na trawniku.
Tuż przed nimi znajdowały się dwa gargulce, przyczajone w kącie blisko siebie. Ten z lewej strony powoli ożywał.
– W porządku, Iwanie. – Cierpliwość Rebeki dobiegła granic. – Dość tych żartów. Ścigaliśmy cię, więc wiesz, że to ważna sprawa. A teraz posłuchaj.
– Słucham – westchnął gargulec.
Kawałki pokruszonej rzeźby wypełniające paszczę maszkarona w połączeniu z rosyjskim akcentem sprawiły, że prawie nie można było zrozumieć jego mowy. Niemniej wydawało się, że Rebecca go pojmuje.
– Pani Ruth twierdzi, że przybył Adept Mroku, i chcemy, żebyś zaniósł nasze… – Zwróciła się do Rolanda, szukając odpowiedniego słowa.
– Zaproszenie? – podsunął Roland.
– Tak, właśnie. Chcemy, żebyś zaniósł nasze zaproszenie Światłości, aby Adept Światłości mógł przybyć i stanąć do z nim walki.
– Nie.
– Ale Alexander zginął!
– I co z tego. – Gargulec wzruszył kamiennymi ramionami. – Śmierć nie jest taka zła. Można się do niej przyzwyczaić. Dlaczego miałbym się oddalać od swego domu, jaki by on nie był?
– Ale… ty… och! – Rebecca tupnęła, a maszkaron uśmiechnął się.
Roland zauważył, że niektóre z odłamków rzeźby były niegdyś kłami, które zapewne sporo wystawały.
– Posłuchaj – powiedział, wysuwając się naprzód i tym sposobem zaskakując siebie samego i Iwana, który do tej pory zdawał się go nie dostrzegać. – Ponoć masz pojawiać się, kiedy uniwersytetowi zagrozi niebezpieczeństwo, zgadza się?
– Zgadza – potwierdził podejrzliwie gargulec.
Jeśli Adept Mroku zyska przewagę, uniwersytet, podobnie jak wszystko inne, będzie poważnie zagrożony. Czy w związku z tym nie powinieneś czegoś zrobić?
Iwan zastanawiał się przez chwilę, a Rebecca pobłogosławiła Rolanda takim uśmiechem, że niespodziewanie, z niewyjaśnionego powodu, nabrał chęci, by uczynić dla niej coś więcej: wspinać się na górskie szczyty, walczyć ze smokami, własnymi rękami przepędzić Ciemność… Dobra, nieważne. Stłumił ostatnią myśl.
– Nie – oświadczył wreszcie maszkaron – ja się tylko pojawiam. Niczego nie robię. – Chudym, zdeformowanym ramieniem wskazał futerał gitary. – Masz tam coś do picia?
– Nie, tylko gitarę.
– Gitarę? – Gargulec westchnął. – Od tak dawna nie słyszałem muzyki… Zagraj mi coś.
Roland otworzył usta, żeby powiedzieć duchowi, co może sobie zrobić z tą prośbą, ale się rozmyślił. Jeśli muzyka rzeczywiście czyni cuda… Położył pokrowiec na trawie i wyjął swoją starą yamahę. Kiedy ją kupował ponad dwanaście lat temu, była najlepszym instrumentem, na jaki było go stać, choć wciąż było jej daleko do pierwszorzędnych gitar. Przez lata spędzone na ulicy, podczas małych i dużych festiwali folkowych, oraz w niezliczonych, pełnych dymu salach, nie zawiodła go ani razu, jej dźwięk był wciąż tak słodki i czysty, jak w dniu, gdy ją kupił. W rozmowach z nią nazywał ją Cierpliwością, choć jedno i drugie utrzymywał w tajemnicy.
Przerzucił pasek przez ramię i usiadł na najniższym stopniu niewielkich kamiennych schodków. W trakcie strojenia instrumentu wyczuwał pośladkami wgłębienie wytarte w kamieniu przez tysiące stóp.
Zarówno Rebecca, jak i gargulec-Iwan czekali z niecierpliwością.
Tam przez stepy wicher dmie, Niosąc pieśń i zapach domu.
Czy go czujesz? Czy go znasz?
Z jak daleka, z jak daleka, z jak daleka wicher dmie.
Melodia tej starej rosyjskiej pieśni ludowej była pierwotnie napisana na bandurę, więc Roland musiał transponować ją podczas grania, co nie pozostawiało mu wiele czasu na obserwację słuchaczy. Na szczęście melodia i słowa były proste i wkrótce Roland bez pamięci oddał się muzykowaniu.
Twych podróży nadszedł kres, Na jej piersi głowę złóż.
Niechaj wicher dmie bez ciebie.
Niechaj dmie, ty spocznij już.
Ucichły ostatnie dźwięki, wyprowadzając Rolanda z muzycznego transu.
Mgła powoli wysączyła się z gargulca i utkała postać wysokiego mężczyzny o szerokiej twarzy. Człowiek ten odziany był na czarno i miał długie, kędzierzawe włosy nakryte spiczastą czapką. Przepasany był fartuchem kamieniarza. Po policzku spływała mu łza połyskująca w świetle pobliskiej latarni.
Mężczyzna rozłożył wielkie ręce poznaczone bliznami od kamieni i narzędzi.
– Uściskałbym cię, gdybym mógł. Przeniosłeś mnie do matki Rosji, gdzie nie byłem od ponad stu lat. Proś, a spełnię twe życzenie.
– Chcemy tylko, żebyś zaniósł nasze zaproszenie Światłości. To wszystko.
Iwan skinął głową.
– Tak uczynię. Dzięki tobie w mym sercu wezbrały uczucia.
– Czy to pan grał?
Rebecca krzyknęła cicho, a Roland odwrócił się raptownie. Na skraju trawnika stał policjant ze straży miasteczka uniwersyteckiego. Roland uświadomił sobie nagle, jak bardzo wystawieni są na widok publiczny, siedząc na frontowych stopniach najstarszego gmachu uniwersytetu. Nic ich nie oddzielało od ludzi przechodzących chodnikiem, ulicą czy spacerujących po trawie. A on śpiewał duchowi stare rosyjskie ballady.
– Czy coś się stało?
– Ależ, skądże. – Strażnik uśmiechnął się od ucha do ucha. – Robiłem właśnie obchód, kiedy pana usłyszałem. Pomyślałem sobie, że podejdę i powiem, jakie to ładne. Miło czasem usłyszeć piosenkę, która nie jest zbieraniną przypadkowych dźwięków.
– Cóż, dzięki.
– O tej godzinie nie będziecie nikomu przeszkadzać, bo akademiki są na tyłach college’u – zresztą o tej porze roku nie mieszka tam zbyt wiele osób. Nie, możecie spokojnie… – Przerwał, zmrużył oczy i pokręcił głową. – To zabawne, mógłbym przysiąc, że kiedy tu się zbliżałem, było was troje. Taki wielki facet w śmiesznej czapce…
– To był Iwan – powiedziała poważnie Rebecca.
– Reznikow? Ten duch? – Strażnik zachichotał. – No tak, jasne. To może jednak lepiej idźcie sobie stąd, skoro widzicie duchy.
Roland schylił się i schował gitarę do futerału.
– I tak zamierzaliśmy już pójść.
– Nie zawiodę cię, śpiewaku. Twoja wiadomość dotrze do Światłości. – Iwan uchylił kapelusza przed Rebeccą i rozwiał się w powietrzu.
Strażnika nie dało się tak łatwo pozbyć. Odprowadzał ich przez rondo Kings College, udowadniając Rolandowi znajomość tytułów i pierwszych zwrotek wszystkich piosenek, jakie kiedykolwiek napisali Beatlesi.
– A mnie się najbardziej podoba ta z „yeah, yeah, yeah” – wtrąciła Rebecca, kiedy mijali gmach auli.
– Dlaczego? – spytał Roland.
– Bo mogę spamiętać prawie wszystkie słowa.
Strażnik postukał się w skroń ponad jej głową. W odpowiedzi Roland posłał mu pełne wściekłości spojrzenie, które jednak nie zostało zauważone, w policjancie bowiem obudził się zawodowy niepokój. Spowodował go widok grupy cieni wędrujących po trawniku z zapalonymi papierosami, których jasne końcówki żarzyły się w ciemności jak czerwone przecinki.
– Muszę już iść; te dzieciaki mogą mi tu urządzić niezły pożar. Trawa jest zbyt sucha, żeby palić tutaj papierosy. Szczególnie, gdyby się okazało, że ćmią trawkę, jeśli wiecie, co mam na myśli. Miło się z wami rozmawiało. – Policjant oddalił się szybko.
– Rolandzie?
– Tak?
– Byłeś naprawdę miły dla Iwana.
– Dzięki, dziecino. – Trochę go zaskoczyło, że jej słowa tak wiele dla niego znaczą. Szli do narożnika, dotrzymując sobie towarzystwa w ciszy.
Przy College Street, jasno oświetlonej arterii, która prowadziła do mieszkania Rebeki, Roland obejrzał się za siebie. Spojrzał na krótki, prosty odcinek Kings College Road, na drugą stronę ronda i ciemnego trawnika, gdzie w mroku nocy siedział na wysokościach ukraszony i rozsypujący się gargulec. Właśnie spędził chwilę na rozmowie z kamieniarzem, który nie żył od ponad stu lat. Otrzymał mistyczną poradę od bezdomnej kobiety. Widział śmierć wyimaginowanego człowieczka. To była nie lada noc. Poprosili o pomoc i na tym skończyło się ich zadanie. Miał nadzieję, że wszystkie cuda świata, które tak nagle stały się widzialne, nie znikną równie niespodziewanie.