Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pamiętnik znaleziony w wannie
Pamiętnik znaleziony w wannie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamiętnik znaleziony w wannie

Электронная книга - «Pamiętnik znaleziony w wannie». Краткое содержание книги:

Pamiętnik znaleziony w wannie to przerażająca relacja z pierwszej ręki, dotycząca przeżyć agenta uwięzionego głęboko w podziemnym kompleksie wojskowym Nowego Pentagonu, gdzieś pod Górami Skalistymi. Świat i życie tajnego kompleksu rządowego przypomina najgorsze kafkowskie wizje biurokracji i zagubienia w trybach maszyn urzędniczych. Bohater w tym nieprzyjaznym świecie, gdzie tylko on wydaje się być normalnym, musi pod zagrożeniem życia kontynuować tajną misję agenta wojskowego, skierowaną przeciwko nieznanym wrogom wewnętrznym. Wszystko zorganizowane w stylu ultratajnych szpiegowskich awantur. Zweryfikuj. Odnajdź. Zniszcz. Sprowokuj. Informuj. Koniec nadawania. N-tego dnia, o n-tej godzinie w n-tym subsektorze n-tego sektora, odbądź n-te spotkanie z N.
1 ... 6 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 47
Перейти на страницу:

Honory zgotowane zmarłemu zdziwiły mnie trochę, ale była to refleksja powierzchowna. W gruncie rzeczy zajmowała mię nazbyt własna sytuacja. Stałem u trumny, z ziębnącymi stopami, wdychając ciepławą woń stearyny. Któryś knot zatrzeszczał, poczułem delikatny dotyk na ramieniu i zarazem dobiegł mię prosto w ucho płynący szept:

– Rewizja już się odbyła…

– Co? - rzuciłem, i słowo to, wypowiedziane wcale nie podniesionym, a tylko nieopanowanym głosem, wróciło od niewidzialnego stropu w przedłużeniu głębokiego, powiększającego echa. Tuż za mną stał oficer wysokiego wzrostu, o twarzy bladej, z lekka obrzękłej, lśniącej, z posiniałym nosem; między wyłogami munduru jaśniał odwrócony przodem do tyłu sztywny kołnierzyk.

– Pan, to jest… ksiądz, mówił coś? - spytałem cicho. Przymknął z namaszczeniem oczy, jakby chcąc pozdrowić mnie w możliwie dyskretny sposób.

– Och, nie… to nieporozumienie… wziąłem pana za kogoś innego. Poza tym nie jestem księdzem, ale… bratem.

– Ach, tak?

Staliśmy chwilę, milcząc. Pochylił głowę w bok. Była ogolona do skóry, z maleńką mycką na ciemieniu.

– Pan… przepraszam, że pytam… kolegował może ze zmarłym?

– W pewnym sensie… ale luźno… luźno - odparłem. Jego oczy - właściwie widziałem tylko drżące w nich mikroskopijne odbicia świec - nadzwyczaj wolno zeszły po mojej postaci i z takim samym namystem wróciły.

– Ostatnia posługa? - tchnął mi w ucho z odcieniem nieprzyjemnej poufałości. Przyjrzał mi się raz jeszcze, ostrożniej. Odpowiedziałem twardym, niechętnym wzrokiem. Wyprostował się pod nim.

– Pan… delegowany? - tchnął kornie. Milczałem.

– Zaraz… zaraz będzie msza - szemrał gorliwie - egzekwie, a potem msza. Jeśli pan sobie życzy…

– To nie ma znaczenia.

– Oczywiście, oczywiście…

Robiło mi się coraz zimniej. Lodowate podmuchy krążyły pośród świec, poruszając ich płomykami. Z boku błysnął mi w oczy zwierciadlany refleks. Stał tam, opodal trumny, ciężki, kwadratowy kształt, wielka lodówka buchająca przez niklową kratę mrozem.

– Nieźle urządzone - mruknąłem obojętnie. Zakonnik-oficer zerknął w bok i białą, miękką, jakby z sera ulepioną dłonią dotknął mego rękawa.

– Jeśli mi wolno zameldować, nie wszystko… - szeptał - wiele niewłaściwości… opieszałość… niedbalstwo w pełnieniu obowiązków… oficer przeornie wywiązuje się…

Cedził te słowa, badając równocześnie z bliska moją twarz, gotów w każdej chwili do odwrotu, ale milczałem, wpatrzony w omywaną cieniami twarz umarłego, nie czyniąc najmniejszego poruszenia, i to go wyraźnie ośmieliło.

– Nie jest moją sprawą… zaledwie śmiem… - dyszał mi w skroń - jednakże, gdybym został upoważniony do spytania, w nadziei, że będę mógł przynieść jakąś pomoc, na drodze służbowej, pan… z wysokiego rozkazu?

– Tak - odparłem. Wargi rozchyliły mu się w zachwyceniu, ukazując duże, końskie zęby. Trwał tak, boleśnie uśmiechnięty, jakby napawając się moją odpowiedzią.

– Niech mi wolno będzie powiedzieć zatem… jeśli nie przeszkadzam?

– Nie.

– Dzięki… Coraz liczniejsze są niedociągnięcia służby…

– Bożej? - poddałem. Uśmiech jego stał się natchniony.

– Bóg nie zapomina o nas nigdy… mam na myśli sprawy naszego Wydziału.

– Waszego?

– Tak jest, Teologicznego… Ojciec Ammion z sekcji konfidentów sprzeniewierzył ostatnio…

Mówił dalej, ale straciłem wątek, bo odstający mały palec spoczywającego w trumnie drgnął. Zlodowaciały, z ohydnym, ciepłym tchem zakonnika-oficera na karku, wpatrywałem się w ten palec. Wszystkie inne, na wpół zgięte, przylegały do siebie szczelnie, jak wymodelowane w muszlowato zaklęsłej bryle wosku - ten jeden, pułchniejszy jakby, zaróżowiony, drgał, i wydało mi się, że w tym niemożliwym wybryku, w dygotliwej figlarności jego poruszeń odnajduję żwawo rozproszoną naturę staruszka. Zarazem było w owym ruchu coś bezcielesnego, nad wyraz lekkiego, co odwodziło myśl od zmartwychwstania, kierując ją ku owym najdrobniejszym i najszybszym gestom owadów, przejawiającym się jako delikatne zamazanie konturów odwłoku tuż przed odlotem. Rozszerzonymi oczami łowiłem dygot, coraz jawniejszy, nieustanny. - To nie może być! - wyrwało mi się. Zakonnik przypadł do mnie, wpółzgięty.

– Zaklinam! Przysięgam. Z urzędu ust moich nie kala kłamstwo…

– Tak? No… to… niech więc brat opowie mi o waszych… zajęciach - odparłem na pół przytomnie, pojąwszy raptem, że wolę jego wstrętną natarczywość od pozostania sam na sam ze staruszkiem, jakby w nadziei, iż wobec dwóch ludzi umarły nie poważy się na nic więcej.

– Kartoteki spowiedziowe utrzymywane są niechlujnie… brak nadzoru… połowa naszych wtyczek spalona… oficer-furtian nie dba o terminowe dostarczanie wyciągów i przepustek… w sekcji ruchu dusz całkowicie zaniedbano działalność prowokacyjną…

– Co pan… co brat mówi? - mruknąłem. Palec uspokoił się. Należało iść, i to jak najprędzej, ale nazbyt głęboko zabrnąłem już w tę scenę.

– Jak wyglądają… praktyki religijne? - rzuciłem od niechcenia, mimo woli wciągając się w rolę wizytatora na inspekcji.

Podniecenie jego rosło; syczał z błyszczącymi, łzawiącymi się oczami, słodycz donosicielstwa rozpierała go, oblepiając wargi białawym osadem śliny.

– Praktyki! Praktyki! - wykrzywił się niecierpliwie, rozzuchwalony ciężarem oskarżeń, które miał rzucić. - Kazania nie podżegają do żadnych wystąpień, są bez rezultatów liczbowych, reguły podsłuchu przekraczane nagminnie, a w sekcji Wyższego Celu malwersacje doprowadziły do skandalu, zatuszowanego tylko dlatego, że tajny brat Malchus pokumał się z zakrystianem, któremu w zamian dosyła pątniczki z ósmego, naturalnie odpowiednio nastawione, a ksiądz-oficer Orfini, zamiast zawiadomić, kogo należy, zabawia się mistyką… prawi o karach pozaziemskich…

– Kosmicznych?

– Gdyby! Ba, nie, proszę… nie znam, niestety, godności…

– To nic, nie trzeba…

– Pojmuję… o karach ostatecznych, mając pod ręką o ileż skuteczniejsze możliwości dzięki kolegom z Turki… a przy tym wszystkim tajny brat Malchus na lewo i na prawo rozpowiada, że rozszyfrował Biblię… Pan rozumie, co to znaczy?

– Bluźnierstwo - podsunąłem.

– Z bluźnierstwami Bóg da sobie sam radę, niestraszne mu… chodzi o cały zakon! Teologiczne podstawy teorii świętego odstępstwa.

– Dobrze, dobrze - odparłem niecierpliwie - porzućmy ogólniki. Ten brat tajny Malchus… jak to wyglądało? Ale proszę brata streszczać się…

– Wedle rozkazu… O tym, że brat Malchus jest trypletem, wiadomo było od dawna - sposób, w jaki przy psalmach… pan pojmuje - brat Almigens miał go rozpracować… podsunęliśmy mu kilku cywilnych… leżąc krzyżem, dawał znaki… no, wykroczenie z paragrafu czternastego… a przy analizie kwartalnej w ornacie jego oficera-spowiednika znalezione zostały wszyte, podwójnie skręcone, srebrne nici…

1 ... 6 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 47
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)