Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
— Mogę zostać u ciebie dziś wieczorem? Jak za dawnych czasów — pyta Soana.
Nie musiał się zastanawiać.
— Mój dom należy do ciebie, wiesz o tym.
I tak się zaczęło.
To oberżysta szorstko przerwał tok jego rozmyślań.
Był chudszy niż Ido pamiętał, i o wiele starszy. Łysy jak kolano, nadrabiał obfitą brodą. Prawy rękaw jego koszuli był zawiązany na supeł. Twarz natomiast niewiele się zmieniła. Zawsze zarumieniona od piwa.
— Jest późno i zamykamy, chyba że chcecie spać na piętrze. Mamy porządne pokoje.
— Szukam raczej informacji.
Nehva natychmiast przyjął pozycję obronną.
— Jeżeli nie chcecie tu nocować, nie mam wam nic innego do zaoferowania i muszę was prosić o uiszczenie należności i opuszczenie lokalu.
Ido uśmiechnął się pod kapturem.
— Jestem starym przyjacielem.
Twarz oberżysty wyrażała zaskoczenie.
— Kiedy powiedziałeś mi, że kończysz z tym wszystkim, wyjaśniłeś mi, że mimo to dla mnie będziesz zawsze.
Nehva zbladł.
— I…
Ido położył sobie palec na ustach.
— Kupiec w podróży, jasne? Nic więcej.
— Bogowie, ileż to czasu… ale jak…
Ido podniósł się i zakrył mu usta dłonią.
— Nie musisz tego wiedzieć i tak będzie lepiej. Wyjdźmy na tyły.
Nehva przytaknął i poprowadził go za ladę, aż do swojego mieszkania. Tam usiedli.
Dopiero wtedy Ido zdjął kaptur, odkrywając wielką bliznę z lewej strony twarzy, w miejscu, gdzie niegdyś znajdowało się oko.
Nehva uśmiechnął się.
— A niech to, ani trochę się nie zmieniłeś…
— No a co z tymi wszystkimi siwymi włosami? — odparł Ido, chwytając jeden z wielu warkoczyków zdobiących jego bujną czuprynę uczesaną w stylu charakterystycznym dla gnomów.
Przyjaciel roześmiał się wesoło.
— Byłeś już siwawy, kiedy walczyliśmy w Krainie Ognia.
— Ale nie tak bardzo — prychnął Ido.
— Ido… i kto by pomyślał… — ciągnął dalej oberżysta. — Nie dociera do tych stron wiele informacji o tobie, jeśli nie liczyć obwieszczeń z ceną wyznaczoną za twoją głowę. Myślałem nawet, że już nie żyjesz… Ale co słychać?
Ido potrząsnął głową.
— Myślałem, że twoje ramię nauczyło cię ostrożności. Uwierz mi: lepiej, abym nic ci nie mówił. Udawaj, że wyrosłem spod ziemi, i zapomnij o mnie, kiedy tylko przekroczę ten próg, jasne?
Nehva przytaknął zasmucony.
— Przykro mi… chciałbym móc porozmawiać z tobą jak za dawnych czasów, strasznie bym tego potrzebował… Tu wszystko się wali…
— Nehva, gdybym się tak nie spieszył i nie był poszukiwany w tych stronach, bardzo chętnie bym cię posłuchał. Jednak im dłużej tu rozmawiamy, tym bardziej ryzykujesz i ty.
Oberżysta wzruszył ramionami.
— W obecnej sytuacji może nawet byłoby to wyzwolenie.
— Nie gadaj bzdur, to miejsce potrzebuje osób takich jak ty.
Nehva skrzywił się gorzko.
— Powiedz mi, jak mogę ci pomóc.
— Nie będzie to łatwe, ale liczę na twoją pamięć. Mam wiadomości, że wiele lat temu w tych okolicach pojawił się Pół-Elf.
Nehva uśmiechnął się.
— I sądzisz, że gdyby się tu pokazał, nie zawiadomiłbym cię?
Nie, już od dawna tu takich nie widziano.
— Mówię o czasach około dwudziestu lat temu i rzeczywiście chyba nie powinienem opisywać ci go jako Pół-Elfa. Był to wówczas chłopiec, miał rude włosy, fioletowe oczy i lekko spiczaste uszy.
— Ach, ten… no rzeczywiście — powiedział pewnym głosem Nehva. — Pamiętam takiego typa.
— Jesteś fenomenalny. Nie śmiałem o tym marzyć.
— Nie kłam, przecież po to właśnie przyszedłeś.
— Pamiętasz jeszcze coś na jego temat?
— No tak, inaczej nie pamiętałbym nawet jego twarzy, nie sądzisz? Dużo osób się tu przewija, przyjacielu, myślę, że to zauważyłeś…
— No więc?
— Był tutaj przez wiele dni. Wynajął pokój. Pamiętam to, bo zazwyczaj ludzie nie zatrzymują się tu na dłużej, a on został. Pierwszego wieczoru zapytał mnie, gdzie są ruiny, a ja roześmiałem mu się w twarz i objaśniłem całą historię. Mocno się zacietrzewił, już miałem go wyrzucać. Powiedział, że szuka śladów Wielkiej Zimowej Bitwy, a ja poradziłem mu, żeby udał się do — Wielkiej Krainy, gdzie znajdzie ich mnóstwo. Spytał mnie też, czy są w okolicach posągi Nihal, a ja zastanawiałem się skąd może pochodzić, że nigdy nie widział nawet jednego. Pewnego ranka zagadnął mnie, jaką drogę obrać, aby dotrzeć do Krainy Wiatru, i odszedł.
Ziemia jego matki… Ido w myślach nazwał siebie głupcem. Popełnił błąd w ocenie, i to niemały.
— Widziałeś go potem jeszcze?
Nehva potrząsnął głową.
— To był dziwny typ, jeżeli pytasz mnie o zdanie. Wydawało się, jak gdyby nic o Świecie Wynurzonym nie wiedział. Poszedł sobie i nie wiem, co się z nim stało.
Ido uderzył się dłońmi po udach i uśmiechnął się.
— Byłeś niesamowity, jak zawsze.
— Oczywiście nie ma sensu, żebym cię pytał, czego szukasz i kim był ten chłopak, prawda?
— Właśnie.
— Powiedz mi tylko, czy to oznacza dla mnie jakieś problemy.
— Nie sądzę. — Ale nie był tego pewien.
Nehva prychnął.
— Dobra, będę udawał, że ci wierzę.
Ido podniósł się.
— Przykro mi, że musisz już iść, Ido. Tęskniłem za tobą i innymi. Brakuje mi tych lat, kiedy naprawdę wydawało nam się, że możemy coś zmienić, kiedy nie wiedziałeś, czy dożyjesz jutra, ale przynajmniej miałeś coś, za co warto było umierać.
Ido uśmiechnął się ze smutkiem. Pomyślał o swoich ludziach, którzy zginęli, a świadomość, że uczynili to dla jakiejś wyższej sprawy, nie wystarczała mu.
— Też mi ciebie brakowało.
Uściskał go wylewnie.
— Przysięgam, że wrócę i trochę pogadamy, zgoda? — powiedział, odsuwając się i wkładając mu w dłoń monety za kolację.
— Pozwól przynajmniej, żebym ci ją postawił! — zaprotestował stary oberżysta.
— Ido zrobił niedbały gest.
— Była tego warta.
Wyszedł pospiesznie, wskoczył na konia i podjął podróż.
Nadszedł czas, żeby udać się tam, skąd powinien rozpocząć poszukiwania: do Krainy Wiatru, ziemi Nihal i Sennara.
3. Plany Gildii
Świątynia Thenaara była ciemna jak zwykle. Na zewnątrz szalał wiatr, a tu, w środku, jego śpiew stawał się żałobnym zawodzeniem.
Dwóch mężczyzn znajdowało się obok siebie w pierwszej ławce, tej najbliższej olbrzymiego posągu boga: był on z czarnego kryształu i połyskiwał groźnymi odbłyskami. Oblicze wykrzywione w uśmieszku, targane niewidzialnym wichrem włosy, jedna dłoń zaciśnięta na błyskawicy, a druga na mieczu — to Thenaar czuwał złowrogo nad ich rozmową.
— No więc? — spytał szorstko pierwszy mężczyzna.
Drugi klęczał i modlił się. Wymruczał ostatnią litanię, po czym się podniósł. Był dość stary, ale jego ciało było jeszcze zwinne i pełne gotowości. I nie mogło być inaczej. Yeshol, Najwyższy Strażnik Gildii Zabójców, nigdy nie przestał dbać o dobrą kondycję. Przede wszystkim był zabójcą, i to najlepszym, a nie kapłanem.