Kilka godzin przed zachodem słońca Hugh Brocket i jego żona, Jannika Rezek, przygotowywali się do nocnej pracy, gdy zjawiła się Chrisoula Gryparis, mocno spóźniona. Burza najpierw zmusiła samolot do lądowania w Enrique, a potem, złośliwie prąc na zachód, zmusiła go do zatoczenia szerokiego łuku w czasie lotu do Hansonii. Nawet nie spostrzegła Oceanu Pierścieniowatego i przeleciała dobre tysiąc kilometrów w głąb lądu, po czym musiała skręcić na południe i wrócić tyle samo, by dotrzeć do ich wielkiej wyspy.
— Port Kato wygląda ogromnie odludnie z powietrza — zauważyła.
Choć z silnym obcym akcentem, jej angielski — język uzgodniony jako wspólny na tej stacji — był płynny; między innymi dlatego znalazła się tutaj, by zbadać możliwości znalezienia jakiegoś zajęcia.
— Bo jest odludny — oświadczyła Jannika, z własnym obcym akcentem. — Kilkunastu naukowców, może dwa razy tylu praktykantów i parę osób personelu pomocniczego. Dlatego też będziesz tu szczególnie mile widziana.
— Co, czyżbyście się czuli osamotnieni? — zdziwiła się Chrisoula. — Można przecież rozmawiać z każdym po stronie przyplanetarnej, kto ma holokom?
— Owszem albo polecieć do miasta służbowo lub na urlop czy przy innej okazji — włączył się Hugh. — Ale choć obraz jest stereoskopowy, a dźwięk plastyczny, jest to tylko obraz. Nie można go przecież zabrać na drinka po rozmowie? Co do wyjazdów zaś, to po nich zawsze się jednak wraca do tych samych twarzy. Placówki naukowe stają się coraz bardziej wyalienowane towarzysko. Sama zobaczysz, gdy tu przyjedziesz. Ale nie chciałbym — dodał pośpiesznie — byś odniosła wrażenie, że cię zniechęcam. Jan ma rację, będziemy szczęśliwi, gdy zjawi się tu ktoś nowy.
Jego obcy akcent wynikał z życiorysu. Język ojczysty — angielski; Hugh jednak był Medeańczykiem w trzecim pokoleniu, co oznaczało, że jego dziadkowie opuścili Amerykę Północną tak dawno temu, iż język zmienił się podobnie jak wszystko inne. Chrisoula zresztą nie była w tym wszystkim zorientowana, skoro laserowa wiązka biegła z Ziemi na Kolchidę prawie pięćdziesiąt lat, a statek, którym tu przyleciała, uśpiona i nie starzejąca się, był o wiele wolniejszy…
— Tak, z Ziemi! — W głosie Janniki słychać było radość. Chrisoula drgnęła.
— Gdy odlatywałam, na Ziemi było nieciekawie. Może później sytuacja się polepszyła. Proszę was, chętnie porozmawiam o tym później, ale teraz chciałabym się zająć przyszłością.
Hugh poklepał ją po ramieniu. Pomyślał, że Chrisoula jest dość ładna; z pewnością nie dorównywała Jan (niewiele zresztą kobiet mogło się z nią równać), ale gdyby ich znajomość miała rozwinąć się w kierunku łóżka, nie miałby nic przeciwko temu. Zawsze jakaś odmiana.
— Dziś jakoś szczególnie ci się nie wiodło, co? — mruknął. — Najpierw to opóźnienie, póki Roberto… to znaczy dr Venosta nie wróci z obserwacji w terenie, a dr Feng z Ośrodka, dokąd pojechał z próbkami…
Miał na myśli głównego biologa i głównego chemika. Specjalnością Chrisouli była biochemia; wszyscy mieli nadzieję, że skoro dopiero co przybyła, i to ostatnim z nieczęsto przylatujących statków międzygwiezdnych, przyczyni się istotnie do wyjaśnienia życia na Medei.
Uśmiechnęła się.
— No, to zacznę od zapoznawania się z innymi, poczynając od was — dwojga miłych osób.
Jannika potrząsnęła głową.
— Przykro mi — rzekła — ale sami jesteśmy załatani; wkrótce wychodzimy i możemy nie wrócić przed świtem.