JEDEN
Oczywiście, zabiję się natychmiast po śmierci Wielkiego Pana. Kapitan Martinez, z trudem dotrzymując kroku długonogiemu Dowódcy Floty Enderby’emu, na te słowa aż się potknął.
— Milordzie? — Kapitan odzyskał równowagę i podjął marsz z lewej strony dowódcy. Ich obcasy znów zgodnie stukały na wygładzonej, błyszczącej powierzchni z materiału asteroidalnego, wyściełającego pomieszczenia Centrum Dowodzenia.
— Zgłosiłem się na ochotnika — oznajmił Enderby swym zwykłym, monotonnym tonem. — Moja rodzina musi mieć przedstawiciela na stosie pogrzebowym, a ja jestem najodpowiedniejszym kandydatem. Jestem u szczytu kariery, dzieci mam dobrze ustawione, a żona się ze mną rozwiodła. — Spojrzał na Martineza spod prostych białych brwi. — Dzięki śmierci moje imię i imię mojej rodziny będzie czczone wiecznie.
Oraz pomoże wszystkim zapomnieć o finansowym skandalu, w jaki jest zamieszana twoja żona, pomyślał Martinez. Szkoda, że to małżonki Enderby’ego — zamiast Dowódcy Floty — nie można wykorzystać w charakterze rodzinnej ofiary.
Szkoda, zwłaszcza dla Martineza.
— Będzie mi pana brakowało, milordzie — stwierdził.
— Rozmawiałem o panu z kapitanem Tarafahem — oznajmił Enderby. — Zgodził się wziąć pana na „Koronę” na stanowisko oficera łączności.
— Dziękuję, milordzie — odparł Martinez. Tonem głosu starał się nie zdradzić głębokiego rozczarowania.
Rodzina Martineza należała do parów — klanów umieszczonych przez Wielkich Panów, Shaa, nad wszelkimi stworzeniami. Choć wobec Shaa wszyscy parowie byli równi, sami parowie mieli na ten temat pogląd mniej idealny. Nie wystarczyło po prostu być parem — trzeba być właściwym rodzajem para.
A Martinez z pewnością należał do tych niewłaściwych. Na odległej planecie Laredo klan Martinezów był wszechmocny, ale wśród parów wysokiej kasty, których pałace zdobiły Górne Miasto Zanshaa, tacy prowincjusze jak oni zupełnie się nie liczyli. Subtelne różnice pozycji nie miały podstawy prawnej, ale ich wpływ czuło się we wszystkich sferach społeczności parów. Pochodzenie Martineza dawało mu miejsce w akademii wojskowej parów, potem stopień oficerski, i na tym koniec.
W ciągu sześciu lat służby osiągnął stopień porucznika. Jego ojcu, Marcusowi Martinezowi, ta sama droga zajęła kilkanaście lat — potem rozgoryczony podał się do dymisji, wrócił na Laredo i zajął się zbijaniem fortuny.
Martinezowi był potrzebny wpływowy patron, dzięki któremu mógłby awansować. Sądził, że takim patronem stanie się Dowódca Floty Enderby, który doceniał jego zdolności i był gotów przymknąć oko na to, że jego podopieczny pochodzi z zapyziałej dziury i mówi z żałosnym akcentem. Martinez mimo wysiłku w żaden sposób nie mógł się pozbyć swej charakterystycznej wymowy.
Co należy robić, gdy twój zwierzchnik zapowiada samobójstwo? — zastanawiał się Martinez. Próbować odwieść go od tej decyzji?
— Tarafah to dobry oficer — zapewnił go Enderby. — Zajmie się tobą.
Tarafah ma zaledwie stopień kapitana porucznika, pomyślał Martinez. Nawet gdyby uznał Martineza za najzdolniejszego oficera — co było mało prawdopodobne — nie miałby wpływu na jego awans. Mógłby tylko rekomendować go swemu szefowi, a ten z kolei miałby swych protegowanych i oczywiście oni byliby dla niego ważniejsi od Martineza.
Tkwię w gównie po pas, stwierdził Martinez w duchu. Chyba że uda mi się przekonać dowódcę, żeby się nie unicestwiał.